Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Książkowo mi

  • piątek, 02 marca 2012
    • Tożsamość Bourne'a vs. Tożsamość Bourne'a

      Parę tygodni temu, krążąc bez jakichkolwiek preferencji po bibliotece, wpadła mi w ręce pierwsza część serii o eksagencie CIA Jasonie Bournie, pióra Roberta Ludluma. Nie jest tajemnicą, że uwielbiam filmowego odpowiednika tego bohatera, granego przez Matta Damona. Adaptacje trylogii - o której nie raz już wspominałam - budzą mój zachwyt, i znajdują się w ścisłym gronie najchętniej oglądanych produkcji hollywoodzkich. Jako fanka czułam zatem potrzebę konfrontacji pierwowzoru z interpretacją na dużym ekranie. Jak wypadła? (SPOILERY)

      Bardzo pomyślnie dla…filmu. Nie bez powodu zaczęłam swój wpis od słów “parę tygodni temu”. Ledwie czterystustronicową powieść, konsumowałam z długimi przerwami, bo nie była w stanie mnie pochłonąć od pierwszego do ostatniego zdania. Wcale nie dlatego, że znałam jej przebieg. Książkę Ludluma z filmem Limana łączy imię i nazwisko głównego bohatera, powiązania z CIA, postać Marie. Poza tym podobnie jak w powieści, Bourne w adaptacji jest zagubionym facetem bez pamięci o niesamowitych umiejętnościach. Podobieństwa na tym się kończą, a zaczynają dwie skrajnie różne historie.

      W filmie Jasona ścigała cała Centralna Agencja Wywiadowcza, która chciała pozbyć się wyszkolonego zabójcy, wykonującego morderstwa z dyrektywy rządu USA. Po tym jak rozłożył ważną operację, był tylko kolejnym pionkiem do usunięcia. W książce największy przeciwnik Bourne’a to niejaki Carlos - człowiek widmo, mający ogromne wypływy, guru świata przestępczego. Jason zanim stracił pamięć, realizował misterną prowokację, której celem miało być schwytanie, tudzież wyeliminowanie Carlosa.

      I na płaszczyźnie sensacyjno-akcyjnej, porównanie wypada okazale dla obu stron. Ludlum kapitalnie opisuje ryzykowne eskapady Bourne’a, tka sieć powiązań, krok po kroku wodzi czytelnika do rozwiązania zagadki. W książce znajdziecie rozwiniecie tego, do czego jeszcze zdolny jest super Bourne. Dwugodzinny spektakl reżysera Douga Limana, nie był w stanie aż tak wiele pokazać.

      Ale najważniejszym elementem, który przesądził o wyższości filmu nad książką, jest kompletnie nietrafiony wątek Marie St. Jacques. Autor wymyślił ją jako kanadyjską, rządową ekonomistkę. Piękność, równie inteligentną, co  sam Jason Bourne. Wierna muza, zawsze u boku swojego rycerza, gotowa na każde poświęcenie, zostawiającą swoje dostatnie, ułożone życie bez najmniejszych oporów. Byłam zdegustowana wieloma fragmentami, kiedy Liman opisywał ich romans, jak w tanim harlequinie.

      “Ona popatrzyła w jego oczy, on powiedział że ją kocha. Leżeli wtuleni, próbując na chwilę zapomnieć o szaleństwie czającym się poza bezpiecznym pokojem. Nie mogła pozwolić, żeby ją opuścił” itd. itd.



      Serio? Serio można aż tak źle przedstawić wątek romantyczny w szpiegowskiej powieści? I jakie to ckliwe i odrzucające - oczywiście piękna, mądra, wierna. Bleee… Marie Kreutz w scenariuszu Gilroy’a, to była średnio urodziwa Niemka bez przyszłości. Przypadkowa dziewczyna z ulicy, która nie potrafiła się odnaleźć w otaczającej rzeczywistości. Prowadząca koczowniczy tryb życia, bez jakichkolwiek zobowiązań czy trwałych relacji. Bourne zaproponował jej pieniądze za transport ona na to przystała - nie miała nic do stracenia. Wchodziła w ten związek głębiej, bo była komuś nareszcie potrzebna, niezbędna do funkcjonowania. To że się w sobie zakochali było naturalne i oczywiste dla widza, a Marie i Jason nie musieli co 5 minut wyznawać sobie miłości, byśmy o tym wiedzieli. Scena w zapuszczonym paryskim motelu, najlepsza romantyczna scena w filmie sensacyjnym (w moim prywatnym rankingu), to dzika eksplozja namiętności i potrzeby skonsumowania znajomości. Tyle i aż tyle.

      Filmowa “Tożsamość Bourne’a” słusznie skupia się na walce o przetrwanie, walce o pamięć. Romans to dodatek, który przedstawiony skromnie i minimalnie, stanowi kluczowy języczek uwagi. W książce to patetyczne kiczowate love story , przeszkadzające pomiędzy poszczególnymi fragmentami układanki. W moich oczach takie fabularne rozwiązania autora, to istna katastrofa, znacząco obniżająca poziom powieści.

      Ale dotrwałam do jej końca. I mogę spokojnie odrzucać argumenty fanów Ludluma, zbulwersowanych, jak lubią często manifestować “niezgodnością treści filmu z treścią książki”. Szczerze? Jason Bourne został przez filmowców z Miasta Aniołów uratowany. Dzięki wizji twórców jego męskość, urok i charakter, nabrały nowego wymiaru. Wymiaru, którego książka mieć nie mogła z tak absurdalnym romantyzmem. Nie mam nawet ochoty sięgać po “Krucjatę”. Ale jeśli znów najdzie mnie ochota na Bourne’a, sięgnę po wysłużone wydanie DVD, by jeszcze raz się przekonać, że filmowcy dali radę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Tożsamość Bourne'a vs. Tożsamość Bourne'a”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 02 marca 2012 20:54
  • czwartek, 03 listopada 2011
    • Po prostu "Volver"

      Żeby obejrzeć film Pedro Almodovara muszę być w formie. Bo on wyciska ze mnie wszystko. Kiedy już opowie kolejną historię, zostawia nagie serce i rozum, doświadczane przez całą paletę emocji, takich które nie pozwalają złapać tchu.

       

      Współsprawczynią tego niezwykłego stanu - w który wpadam po seansach filmów Almodovara - była zjawiskowa Penelope Cruz. Jej Raimunda w “Volver”, za niewinność zapłaciła wysoką cenę. Delikatność kobiety, obróciła w niezwykłą charyzmę, zaradność, męskość. Nie waha się, nie zastanawia nad tym jak postąpić powinna - z zasady działa w pełnej świadomości umysłu. I choć z jej ust usłyszymy, że często najpierw mówi potem myśli, zaprzecza temu podejmując szereg odpowiedzialnych, zdecydowanych decyzji - kluczowych dla niej, dla jej córki, czy wreszcie siostry.

       

      “Volver” mierzy się ze stereotypami dotyczącymi kobiet. Ich roli w życiu i społeczeństwie. Tego kim jesteśmy, kim być powinnyśmy. Zdane same na siebie potrafimy mierzyć się z rzeczywistością, potrafimy sprostać olbrzymim wymaganiom. Wchodzimy w nowe role, ale też zapominamy o syczącej do ucha przeszłości. O sprawach które spowodowały, że jesteśmy tam gdzie jesteśmy.

       

      Te przysłowiowe “trupy w szafie” - a w tym wypadku lepiej brzmi “trup w zamrażarce” - wypadną z wielkim hukiem, jeśli w tej heroicznej walce o przetrwanie, nie stawimy czoła swoim lękom, klęskom z przeszłości. Bo kształtuje nas samoświadomość, umiejętność wybaczania, godzenia się z ułomnością. Bez pojednania nie ruszymy dalej, choćbyśmy nie wiem jak silne były.

       

      Pedro Almodovar poruszył te wszystkie kwestie w swoim filmie. Z artystyczną precyzją malował obraz wspaniałych, acz często samotnych i zagubionych kobiet. Ma on niezwykły dar przekazywania trudnych emocji, w subtelny sposób. Każda wyprawa w jego świat, to jak wyprawa w głąb siebie, terapeutyczna sesja - wychodzę odmieniona, pełna refleksji, w zadumie.

       

      Ciężko słowami opisać wyjątkowy fenomen tego reżysera. On jak chirurg otwiera duszę i serce, porusza odpowiednie trybiki, by mogły w najlepszym momencie zaskoczyć, i poczuć wszystko z jeszcze większą intensywnością. Mnie szczególnie łatwo było kupić, bo jestem marzycielką i romantyczką. Jego opowieści - tak proste i skomplikowane zarazem - polecam wszystkich, którzy od kinematografii wymagają wyjątkowego podejścia do ludzkiej natury.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Po prostu "Volver"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2011 22:34
  • środa, 16 marca 2011
    • Przeminęło z wiatrem

      Nie wiem czy sprawiłam sobie lekturę “Przeminęło z wiatrem” bardziej na Walentynki, jako przerywnik pomiędzy książkami sensacyjnymi a filozoficznymi, czy bardziej z ciekawości. Weszłam do biblioteki pomyślałam, że mam ochotę na dobry romans, więc padło na odkładaną na później klasykę Margaret Michell.

      Kiedy pani z obsługi biblioteki przyniosła mi trzy zakurzone pożółknięte tomy, byłam lekko przerażona. Że niby ja mam się przedrzeć przez te ciągnące się w nieskończoność opisy? Nie wierzyłam, że jestem na tyle inteligentna, by móc zrozumieć powieść napisaną dziesiątki lat temu, o czasach odległych o całe wieki. Lecz spróbowałam, zaufałam setkom pochwał pod adresem książki.

      A więc do rzeczy:
      Scarlett  O’Hara- wredna, bezwzględna suka. Choć na to kompletnie nie zasługuje, otoczona jest wianuszkiem osób kochających ją nad życie.
      Jest Ellen i Gerald; rozpieszczający ją, dbający o nią, próbujący pokazać jej świat kiedy lat ma naście, i planuje odbić zaręczanego Ashleya Wilkesa.
      Jest Mammy i Pork; dwójka wiernych murzynów, dbających o całą rodzinę O’Harów.
      Jest Karol Hamilton; niewinny nastolatek, który dał się złapać w sidła dziewczynki. Dziewczynki pazernej i nieustępliwej.
      Jest Frank Kennedy; poczciwy kawaler, zręczną manipulacją zmuszony do zmiany małżeńskich planów.
      Jest ciotka Pittypat; samotna, rozchwiana emocjonalnie, wierna swojej rodzinie.
      Jest Melania; najbardziej święta osobowość. Nie chce i nie widzi w innych wad, kocha bliźnich miłością bezwarunkową za samą obecność.
      Jest Ashley; wieczny romantyk, zadumany i skupiony na własnym honorze.
      Wreszcie jest Rett Butler….Butler.


      Dlaczego oni wszyscy ją tak ubóstwiali? Dlaczego kochali kobietę porażkę? Czym sobie na to wszystko zasłużyła? Urodą? Wydaje mi się, że Scarlett miała naprawdę niewiele do zaoferowania. Była ograniczoną, upartą, bezczelną manipulatorką. Nie liczyła się z nikim i z niczym. Najbardziej na świcie ceniła siebie samą. Nie żywiła krzty wrażliwości wobec uczuć kogokolwiek. A nawet jeśli przez chwilę  miała wyrzuty sumienia, szybko asekuracyjnie odkładała takie problemy na “dzień następny”. Nie było szans bym ją polubiła.

      Do pewnego stopnia nią gardzę. Przejawiała zerową szlachetność. Myślała, że cnotę da się kupić za pieniądze. Bieda, głód, ubóstwo spowodowane wojną, tylko spotęgowały jej materialistyczne zapędy. Była lojalna wobec swojego majątku, ale lojalność rozumiana jako oddanie drugiej osobie, nie obciążone oczekiwaniem zwrotu kapitału, pojmowała pokracznie wręcz bluźnierczo.

      Jej obsesja na punkcie Ashleya Wilkesa, skażona była próżnością i wyrachowaniem. Sama zresztą wreszcie przyznaje, iż traktowała go przedmiotowo. Jak kolejne kolczyki, które musiała mieć, a kiedy je dostawała od Geralda szybko o nich zapominała. Był jej złudzeniem, iluzją doskonałości, której pragnęła. Tworem wyobraźni, dopasowanym do jego skromnej osoby. Nie mogła go naprawdę kochać, bo przecież kompletnie go nie znała. Mówił i myślał w obcym, niezrozumiałym dla niej języku, jak ktoś z innej planety. Ale uporczywie lgnęła do niego. Ta gra, życiowy pościg za króliczkiem, prawdopodobnie sprawiała jej podświadomą frajdę. Miała jakiś cel. Bzdurny, wyimaginowany, ale cel! Wcale nie chodziło o zwycięstwo, o bycie z “ukochanym”. Chodziło o łamanie barier, uprzykrzanie życia innym, powodowanie bólu. Pięknie jej się udawała ta katastrofa!

      Wzruszałam się czytając ostatnie rozdziały, by po zamknięciu książki dojść do konkluzji, iż na taki los Scarlett w pełni sobie zasłużyła- na samotność. Ona nigdy nie przejawiała zainteresowania światem zewnętrznym, więc ten świat ją przeżuł, wysączył siłę, sponiewierał i wulgarnie wypluł. Odtrącenie, opuszczenie było bolesną nauczką i karą dla osoby tak aroganckiej i zuchwałej. Wzruszałam się bardziej z powodu Retta Butlera. On był doskonały! On zapiera dech w piersi!

      Zastanawiam się, dlaczego takiego mężczyznę łatwiej spotkać w książce niż w życiu? I dlaczego taki mężczyzna pokochał z pasją taką kobietę? Czarujący, błyskotliwy, inteligentny, ironiczny, szczery, męski, odważny, wyrozumiały, życzliwy, tolerancyjny, przystojny. Mogłabym się pokusić o jeszcze parę przymiotników, ale nawet ich cały zbiór w żaden sposób nie oddałby w pełni mojej fascynacji tą postacią. Czym sobie zasłużył na lata udręki? Miłość do Scarlett go zabijała dzień do dniu. Ona była jak trucizna, podawana spokojnie, rytmicznie, by ofiara nie umarła natychmiast a konała bardzo wolno. Czy kiedykolwiek Scarlett podarowała mu prawdziwe szczęście? Ciągle go raniła, ciągle zadawała ból, ciągle ścigała się z marzeniem o Ashleyu, nie próbując dostrzec, że jej marzenie to On. Ta okropna niewdzięczność, ten jen cynizm obłuda nie zniechęcały go, wciąż walczył. Po co?

      “Przeminęło z wiatrem” to powieść o kobiecie, która dostała zbyt wiele miłości. Sama zresztą kochać nie umiała. Była zbyt zajęta sobą i swymi kaprysami. Z drugiej strony to także powieść o kobiecie, która pomimo okropnego charakteru wielokrotnie wytrzymywała ciężkie próby. Była twarda i nieustępliwa jeśli jej na czymś zależało, i za to ją podziwiam. Tchórzostwo czy lęk były jej obce, potrafiła sobie radzić w każdej sytuacji.

      “Przeminęło z wiatrem” to także powieść o Was facetach. O tym, że bycie dżentelmenem kiedyś było czymś naturalnym i zwyczajnym. Rett Butler był męczennikiem, więźniem własnej szalonej miłości. Stanowi przestrogę, że niektóre kobiety nie są tego warte.

      “Przeminęło z wiatrem” w sposób przystępny i wciągający ilustruje mały kawałek amerykańskiej historii. Opisy których tak się bałam, okazały się kopalnią wiedzy. Wiedzy bezcennej, bo przyjmowanej z zainteresowaniem a nie znużeniem.

      “Przeminęło z wiatrem” jest klasyką, pozycją wyjątkową, ponadczasową. Zatopiłam się w tej lekturze bez reszty, poddałam jej dramatycznemu nurtowi. Otwierałam książkę i przenosiłam do świata żelaznych zasad, etykiety, dam, podziałów i przemian, dziś wydających się absurdalnych i niepoważnych a jednak prawdziwych w minionych stuleciach. Mam nadzieję, że jeszcze do tej wyjątkowej powieści wrócę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Przeminęło z wiatrem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      środa, 16 marca 2011 15:28
  • poniedziałek, 24 maja 2010
    • Bo popularne nie zawsze znaczy całkiem beznadziejne

      Na portalu Wirtualna Polska, ktoś zrobił zestawienie najbardziej przereklamowanych książek. Naturalnie, nie mogło zabraknąć, pozycji mega popularnych w księgarniach i Empikach. Osobiście kilka wymienionych książek przeczytałam i nie uważam, by były przereklamowane, wręcz przeciwnie; czytanie ich było dla mnie wielką frajdą, świetną rozrywką. Jednak niektórzy mają problem z akceptacją powieści stricte popkulturowych, masowo pochłanianych.

      Na tej liście WP nie mogło zabraknąć Harrego Pottera. Będę zawsze stała w pierwszym szeregu, obrońców serii J.K. Rowling. Nie dlatego, że stworzyła książki wybitne, zdolne czytelnika wprowadzić w stan głębokiej zadumy. Stworzyła natomiast bohatera kultowego, totalnie odrealniony świat, gdzie dobro walczy ze złem. Fenemoen polega na tym, że wątek- pomimo całej swojej banalności- kompletnie wciąga. Ja czytałam Harrego Pottera, jako 12,14,17-latka. Dorastałam wraz z kolejnymi premierami serii. I jest nas wielu- czytelników Rowling, dojrzewających równocześnie z Harrym. Kłopot z tym zjawiskiem mają wyłącznie ludzie, którzy powieści o Potterze nigdy nie czytali, a nawet jeśli czytali, to traktują zbyt osobiście popularność serii.

      „Alchemik” Paulo Coelho, też został uznany za pozycję przereklamowaną. Czytałam. Brazylijczyk zawsze pisze o filozofii, którą wszyscy podświadomie znamy. Nigdy przy książce Coelho się nie nudziłam, nigdy te książki mnie nie męczyły. Jest coś ujmującego w prostocie przekazu wartości, którą serwuje autor. On ma swoje grono zagorzałych fanów i równie zagorzałych krytyków. I w tym tkwi odpowiedź: im lepiej książką radzi sobie z nakładem, tym gorzej jest postrzegana, jako dzieło literackie. Lepiej sprzedać 1000 egzemplarzy, niż sprzedać milion, bo po przekroczeniu tej granicy zaczyna się jatka.

      Żeby to potwierdzić, użyję przykładu najbardziej kontrowersyjnego. Książkowa twórczość pani Meyer, całkowicie podzieliła czytelników. Romans, horror- jak zwał tak zwał- przeczytałam wszystkie tomy. Filmów nie widziałam, i to jest moja bardzo świadoma decyzja, którą podjęłam z szacunku dla treści, znalezionej w książkach. Abstrahując od tego, że styl „Zmierzchu” jest chaotyczny i powielokroć bzdurny, jako romans, ja tą historię kupiłam. Bo co jest złego w powieści, która wciąga? Mam jej nie czytać, dlatego że cały świat krzyczy: Meyer to wariatka bez talentu, która wzięła się za pisanie, choć pisać nie umie. Te kilka tysięcy stron sagi samo się nie wymyśliło, i samo się nie przelało na papier. Ta kobieta na prawdę zrobiła wielki komercyjny sukces. Nie jest pisarką błyskotliwą, nie wprowadza do fabuły inteligencji, tak żeby czytelnik nie musiał bez przerwy męczyć się pytaniem- co to do licha ma znaczyć? Ale przymykam oko, bo jako całość, to jest cholernie romantyczne, bardzo ciepłe, i nad wyraz ludzkie w nieludzkiej scenerii. Zamiast oddać jej- iż w przeciwieństwie do kolegów po fachu- pomysł miała i wycisnęła z niego wszystko, nagonka trwa w najlepsze.

      O wszystkich tych książkach nigdy bym nie powiedziała, że są przereklamowane. Łączy je pedanteria w podejściu do stosunków międzyludzkich, a także do uczuć człowieka, jako istoty pełnej sprzeczności. Lepiej czy gorzej napisane, przekazane, to nie jest najistotniejsze. Najistotniejsze są własne oceny, każdy może zinterpretować popularność Coelho, Rowling, Meyer na swój sposób. Nie czuję się gorsza tylko dlatego, że jakiś ekspert powiedział, iż wyłącznie głupiec te książki pochwali. Odpowiem- wyłącznie głupiec jednoznacznie osądzi, i wyłącznie głupiec swoje wnioski, potraktuje jako wnioski kompletne. Kicz też jest dla ludzi, ale trzeba go umieć dozować i rozumieć, wtedy niebezpieczeństwo traktowania popualarnej literaury zbyt dosłownie nie istnieje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Bo popularne nie zawsze znaczy całkiem beznadziejne”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 maja 2010 15:17

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi