Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

I cała reszta

  • czwartek, 27 grudnia 2012
    • Nice Work If You Can Get It, czyli mój pierwszy raz na Broadwayu!

      Moim prezentem bożonarodzeniowym w tym roku był bilet na broadwayowskie show "Nice Work If You Can Get It" z Matthew Broderickiem i Kelli O'Harą. Zawsze chciałam taki spektakl zobaczyć i dzięki mojej wspaniałej host rodzinie w Ameryce, to pragnienie zostało zaspokojone. Wrażenia, które zabrałam ze sobą do New Jersey z Nowego Jorku są wspaniałe. O ile Times Square uważam za większy dom wariatów, w dodatku przereklamowany i kiczowaty, to kilka przecznic dalej Broadway jest dokładnie taki, jak zawsze sobie wyobrażałam: znakomity!

      Na deskach teatru zobaczyłam komedię o rozpieszczonym kobieciarzu, z kilkoma nieudanymi małżeństwami na koncie, i kompleksem matki wiecznie zawiedzionej synem. Jego dotychczas schematyczne życie (romas-małżeństwo-rozwód) zostaje poddane próbie, gdy po jednej z mocno zakrapianych imprez poznaje sympatyczną kryminalistkę Billie Bendix. Oboje dostają od losu szansę na zaznanie i zrozumienie miłości. W ślad za głównymi bohaterami podążają postacie drugoplanowe, którymi targają niemniej skomplikowane i szalone porywy serca.



      Na Broadwayu dostałam najlepsze możliwe show. Matthew Broderick i Kelli O 'Hara z wrodzoną lekkością i łatwością radzą sobie na scenie, grając tak jakby trema i stres nie istniały. Brawurową, przerysowaną postacią był lokaj-oszust (Michael McGrath), rozbawiający publiczność do łez. Całość przypieczętowało krótkie, wielkie wejście Blythe Danner, która wcieliła się w matkę głównego bohatera. Czy można marzyć o czymś więcej?



      Swój pierwszy i mam nadzieję nie ostatni spektakl na Broadwayu uważam za bardzo, bardzo udany. To jednak zupełnie co innego oglądać profesjonalistów na deskach teatru, a nie na ekranie w kinie. Takie występy są wyzwaniem, ale ich oglądanie daje szczególną satysfakcję. Imponujące popisy wokalne, znakomite układy choreograficzne z tego słynie Broadway nie bez powodu. Tam w sercu Nowego Jorku, każdy miłośnik kultury będzie czuć się wyśmienicie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 grudnia 2012 05:41
  • poniedziałek, 24 września 2012
    • Emmy 2012 - umarł król, niech żyje król

      Poprzez żarty, ale słusznie zauważył Ricky Gervais, że Emmy w porównaniu ze Złotymi Globami wypadają korzystniej. Ta najważniejsza dla branży telewizyjnej w USA impreza, na tle Globów i Oscarów wygląda bardziej naturalnie i spontanicznie. Kolejne speeche  laureatów mają coraz mniej ładu i składu, ale za to ich uradowane twarze wyrażają więcej niż tysiąc słów.

      W tym roku czarnym koniem okazał się dramat Homeland od Showtime. Już po pierwszej statuetce za reżyserię, zasugerowałam w czasie zagorzałej dyskusji kilku zainteresowanych w internecie, że może właśnie dostaliśmy wzór, wedle którego wieczór w Los Angeles się potoczy. Nie  była to błędna diagnoza. Homelend w tyle zostawiła faworyzowanego Mad Mena, czy Boardwalk Empire. Jako, że te dwa ostatnie oglądam namiętnie, a już na punkcie Mad Mena mam lekkiego hopla, gratulując nowym liderom stawki, odczuwałam rozczarowanie porażkami "moich" seriali.

      Pełną satysfakcje sprawiła mi statuetka dla Aarona Paula, wcielającego się w Jesse'go Pinkmana w Breaking Bad. Aktor na scenie swoim triumfem był totalnie zdruzgotany, a kolejne podziękowania składane chyba całemu światu, z sekundy na sekundę przysparzały mu coraz więcej mojej sympatii.

      Innym wielkim wygranym był Jon Cryer znany nam doskonale jako Alan Harper z "Dwóch i pół". Przed galą opowiadał dziennikarzom, że nie wierzy w swój sukces tego wieczoru. Jak bardzo się mylił, przekonaliśmy się kilka chwil później. Zastanawiam się czy ta nagroda nie jest przypadkiem zadośćuczynieniem za ciągnięcie sitcomu w pojedynkę bez Charliego Sheena? Coś w rodzaju rekompensaty, może zachęty? Trudno mi uwierzyć, że dostałby Emmy, gdyby wciąż na planie współpracował ze swoim słynnym kolegą. Ale dość już tych pytań. Warto było przyznać mu tą statuetkę choćby dla miny, którą zrobił, gdy wyczytano jego nazwisko.

      Nagroda dla Cryer'a to jedno z nielicznych wyróżnień komediowych, które nie powędrowało do Modern Family. Serial od ABC oglądam niedługo, ale za to bardzo intensywnie. To prawda: jest przezabawny i wciągający, ale czy zasługuje na taką dominację? Pierwszy sezon to chyba jeden z najlepszych komediowych w całej historii amerykańskiej telewizji. Dwa kolejne choć wciąż śmieszne, odbiegają poziomem od "jedynki". Ale branża znowu hurtem nagrodziła Modern Family, kompletnie ignorując konkurencję. Ciesząc się tym sukcesem, trzeba pamiętać, że nic nie trwa wiecznie.

      Boleśnie przekonał się o tym Mad Men. Gospodarz gali na początku zażartował, że Jon Hamm w tym roku nie opuści gali ze statuetką. No i wykrakał.... Może przyczyną porażki seriali AMC  jest przesycenie? Przyzwyczajone do tego absurdalnie wyśrubowanego poziomu jury, postanowiło po kilku latach wreszcie wyróżnić kogoś innego. Genialność Mad Mena, czy Breaking Bad wydaje się oczywista.

      Po takich werdyktach pozostaje pytanie, jak dobry był ten ostatni rok dla telewizji w USA? Wciąż nie mamy na co narzekać. Powstaje wiele wartościowych produkcji, i nie trzeba wcale głęboko kopać, żeby znaleźć perełki. Na małym ekranie dzieje się wciąż dużo dobrego, a seriale dramatyczne od małych, kablowych stacji dają dobry przykład Hollywood, które boryka się ze spadającą frekwencją w kinach i falą wszelkiego rodzaju sequeli. A dla mnie lista laureatów oznacza jedno: muszę ruszyć z oglądaniem kolejnych seriali. Pilnie warto sięgnąć po Homeland.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2012 17:50
  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Racja to?

      Dostałam na filmwebową skrzynkę, taką oto wiadomość:

       

      Chodzi o styl Twoich recenzji - typuję gimnazjalistkę albo licealistkę, która
      raczej woli coś obejrzeć niż poczytać ;)

      Masz dość ubogi warsztat,
      zarówno w kwestii stylistyki, szyku czy zasad poprawnej pisowni. Typowałam, że
      matura jeszcze przed Tobą, bo mimo, że lubisz pisać dużo, to jednak nie
      przywiązujesz zbytniej uwagi czy dbałości do tego, jak chcesz to przekazać czyli
      jak dla mnie typowa nastolatka ;)

      

      Nie ukrywam, że wszystkie te słowa tą strasznie przykre. Serio aż tak źle z moimi wypocinami?

       

      Ciąg dalszy nastąpił. Dzielę się....

      Na co dzień zajmuję się redagowaniem różnego rodzaju umów i opracowywaniem
      procedur, poza tym miałam dość konkretne i wymagające polonistki, zarówno w
      podstawówce, jak i w liceum, na dokładkę przeczytałam w swoim życiu masę książek
      - wszystko to powoduje, że jestem dość wyczulona na poprawność składni
      wypowiedzi (mimo, że nie kończyłam polonistyki, tylko bardziej sformalizowany
      kierunek). Prowadząc szkolenia muszę wysławiać się zrozumiale i tak samo staram
      się pisać. Poza tym bardzo ułatwia to porozumiewanie się w innych językach -
      niemiecki pod względem szyku zdania jest szalony, a czasy w angielskim
      rozwalające ;)

      Zastanawiałaś się czasem, skąd bierze się taki a nie inny
      procent "przydatności" recenzji? Jeśli o mnie chodzi, niedbałość stylistyczna
      powoduje, że ciężko czyta się czyjąś wypowiedź, a co za tym idzie, trudniej
      przyjąć do wiadomości czyjś punkt widzenia, tym bardziej jeśli jest on
      chaotycznie wyrażony, jakby bez szacunku dla czytelnika.

      Odnośnie
      recenzji Mrocznych cieni - konkretnie napiszę, bo nie chcę wypowiadać się pod
      recenzją - czyta się ją tak, jak tłumaczenie tekstu za pomocą google, krótkie
      zdania z odwróconym szykiem, nagminne rozpoczynanie zdań od spójników "bo, ale,
      i" (co nie jest błędem językowym ale razi, gdyż jest to zabieg typowy dla mowy
      potocznej, a niekoniecznie mile widziany w formach pisemnych), sporą część zdań
      można było połączyć w bardziej złożone, natomiast większość sformułować
      ciekawiej, płynniej i estetyczniej.

      Taka sugestia: może przed publikacją
      czytaj samej sobie na głos zredagowany tekst? Z doświadczenia wiem, że to pomaga
      :)

      Proszę, abyś nie zrażała się do pisania, tylko praktyka czyni mistrza
      :) Jestem przekonana, że za kilkanaście lat, jak wrócisz do swoich pierwszych
      recenzji przyznasz mi rację :)

       

      Oraz na koniec....

      Miałam już nie odpisywać - ale widzę, że nie przeczytałaś ze zrozumieniem -
      wolisz doszukiwać się niewłaściwych intencji i tłumaczyć mi, że wiesz lepiej,
      czego oczekuję niż zastanowić się...
      Recenzję napisałaś dziś i zachwycił Cię
      wysoki procent, tylko od kogo? Znasz statystyki? Ja tak - temat rzeka, zwłaszcza
      w dobie internetu.

      Ja nie szukam poematów ani profesjonalnej opinii
      filmowca czy pisarza - recenzja sprowadza się przecież do czegoś zupełnie
      odmiennego, do wyrażenia opinii przez przeciętnego zjadacza chleba.

      Ja
      nie czepiam się zawartości ale formy podania.

      Szkoda, że nie rozumiesz i
      na swoją obronę wolisz zarzucić mi górnolotne oczekiwania niż zastanowić się, że
      mogę mieć trochę racji. To utwierdza mnie jedynie w przekonaniu, że jesteś
      wyjątkowo młodą osobą, nawet jeśli maturę pisałaś kilka lat temu. Chcesz
      sprawdzić samą siebie? Daj swoje recenzje do przeczytania swojej polonistce -
      ona zapewne też będzie miała wysokie wymagania ;)

      W recenzjach
      publikowanych na filmwebie szukam również dbałości o zachowanie poprawności
      języka polskiego, gdyż czym innych są rozmowy na forach, gdzie króluje mowa
      potoczna i równoważniki zdań, a czym innym taka forma wypowiedzi jak RECENZJA.
      Nie liczę, że każdy będzie drugim Miodkiem, chciałabym jedynie, aby słowo
      publikowane w necie (zwłaszcza pod hasłem RECENZJA) miało ręce i nogi. Być może
      inni oceniają zawartość merytoryczną, Twoje podejście do filmu czy ewentualne
      spojlery - ja w tym konkretnym przypadku zwróciłam uwagę na stylistykę i
      poprawność językową, bo ta mnie poraziła. Tyle w temacie, szkoda, że poczułaś
      się urażona i nie umiesz przyjąć krytyki, tylko wolisz tłumaczyć sobie moją
      opinię na wszelkie możliwe sposoby.

      Nie będę już więcej tłumaczyć, co
      miałam na myśli - być może gdybym podesłała Ci Twój własny tekst po korekcie
      zrozumiałabyś, o co mi chodzi. Uważam, że wystarczająco dużo czasu na to
      poświęciłam.

      Amen!  ;) Chowam laptopa do szafy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Racja to?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 17:37
  • niedziela, 06 maja 2012
  • czwartek, 05 stycznia 2012
    • Nowy sezon Californication - czyli dobra powtórka z rozrywki

      Najmocniejszą stroną Californication, zawsze była charyzmatyczna, nietuzinkowa postać Hanka Moody’ego. Fantastyczny scenariusz i ciekawa biografia ekscentrycznego pisarza, służyła popularności serialu Showtime. Na małym ekranie właśnie debiutuje premierowy piąty sezon. Jaki pytacie? Spróbujmy podsumować (SPOILERY).

      Na początek dostajemy porcję klasycznych obrazków, które znamy z poprzednich odsłon serialu. Jest zatem Hank z towarzyszką w miłek knajpce, miłej do czasu. Ona prosi go o określenie statusu ich związku, a w zamian otrzymuje standardowego kosza - od wiecznie skaczącego z kwiatka na kwiatek - kochanka. Znamy to? Znamy bardzo dobrze.

      I dlatego mam wrażenie, że odcinek pierwszy piątej serii, jest pójściem na łatwiznę. Został zrealizowany kropka w kropkę, dokładnie na tych samych zasadach, co poprzednie sezony Californication. Moody po zerwaniu kolejnego nieistotnego związku, wraca do “ukochanego” Los Angeles, gdzie jak zwykle czekają na niego problemy rodzicielskie, starcie z sobie podobnym, nowym partnerem Karen, czy wreszcie niezmiennie trwała przyjaźń z Charlie’m, przysparzająca najwięcej gagów.

      A Hank Moody? Wydarzenia z poprzednich sezonów nie zmieniły jego nastawienia ani o jotę. To wciąż ten sam roztrzepany, ironiczny, inteligentny niechluj, którego nie sposób przestać lubić. Pomimo niepokorności, wiecznego wpadania w tarapaty - postać kreowana przez Davida Duchovnego - pozostaje ujmująca, ciepła i szczera. I choć działania Hanka bardzo rzadko wzbudzają entuzjazm, to na dłuższą metę wszystko mu wybaczamy. Bo i jak nie wybaczyć komuś takiemu?

      I być może dlatego, odcinek premierowy, koniec końców mi się spodobał. Nawet jeśli zarys fabuły piątego sezonu coś mi przypomina, to formuła Caifornication, mimo powtarzalności, wciąż doskonale sprawdza się jako dwudziestokilkuminutowa porcja dobrej rozrywki. Nie wiem czego innego mogłabym oczekiwać? Że zmienią naszego uroczego bohatera o 180 stopni? Po co?

      I niech to będzie najlepsza puenta do mojego komentarza. Californication pozostało takie jakie było, byśmy nie musieli narzekać, że twórcy przedobrzyli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 stycznia 2012 21:48

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi