Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • czwartek, 29 listopada 2012
    • Miłość według Davida O. Russella

      Szkoda, że tego typu filmy nie pojawiają się w kinowych repertuarach w okolicach Walentynek. Zamiast nieznośnych komedii romantycznych, szczere urocze historie w stylu "Silver Linings Playbook" przypominające, że miłość to wiele odcieni i trzeba poznać niejeden, żeby poczuć się w tym stanie szczęśliwym i spełnionym. Film Davida O. Russella konfrontuje mroczne emocje związane z zakochaniem z tymi bezwarunkowymi, czyniącymi nas lepszymi ludźmi. Reżyser osiągnął w ten sposób znakomity efekt - pozornie snując prostą opowieść, potrafi grać na wrażliwości widza niczym najlepszy muzyk.

       

      Jest taka scena już na początku filmu, kiedy zdenerwowany po lekturze Hemingwaya główny bohater Pat Solitano (Bradley Cooper) wybija szybę książką, którą wcześniej w napadzie furii wyrzucił. Symbolicznie tym samym demonstruje problemy w jakie wpędziła go nieszczęśliwa, niespełniona miłość. Po tym jak przyłapał żonę na zdradzie stracił wszystko. I to nie ona została ukarana za niewierność a jej mąż, którego jedyną winą było ślepe uczucie. Starcie z kochankiem ściągnęło na Pata same nieprzyjemności, z pobytem w psychiatryku włącznie. W tym właśnie żałosnym dla niego momencie poznaje innego wyrzutka z podobnymi problemami. Złapanie wspólnego języka idzie wprawdzie na początku opornie, ale Tiffany i Patowi po prostu musi się udać.

       

      Żaden z tych dwojga nie może się poszczycić stabilnością emocjonalną, ani trzeźwym myśleniem. Pod presją rodziny i przyjaciół, naciskających by jak najszybciej byli znowu "normalni", wszystko staje się jeszcze bardziej pogmatwane. Rany z przeszłości goją się wolno i boleśnie, dlatego Pat potrzebuje czasu aby móc ruszyć z miejsca. Tymczasem biega, biega, biega i...biega.

       

      Z niebywałą zręcznością David O.Russell nakreśla skrajności jakim poddawany jest człowiek zakochany. Grane przez Bradley'a Coopera i Jennifer Lawrence postacie muszą zmierzyć się z  obsesją sabotującą próby powrotu do rzeczywistości, oraz depresją wywołaną niespodziewaną utratą ukochanych osób. Łaskawy los krzyżuje ich ścieżki, by mogli sobie pomóc zapomnieć i wybaczyć.

       

      Widzowie natomiast tym kontaktom się przyglądają i czerpią uciechę. Trzeba wykazać dużo złej woli, żeby nie dać się uwieść reżyserowi. Jest poważnie, ale jeszcze częściej jest po prostu bardzo zabawnie. Zasługa w tym wielka świetnego scenariusza, który pozwolił rozwinąć skrzydła zarówno Robertowi De Niro, jak i Jennifer Lawrence oraz Bradley'owi Cooperowi na pierwszym planie. Ten ostatni zresztą zaliczył najlepszą rolę w karierze i już pewnie czeka na nominację do Złotego Globu i Oscara.

       

      David O. Russell  ma wyjątkowy dar opowiadania o zwyczajnych ludziach w niezwyczajnych sytuacjach. Po sukcesie "Fightera" znowu wspina się na wyżyny.  Jego "Silver Linings Playbook" podbije wiele serc i jest doskonałym przykładem na to, że w Hollywood wciąż nie brakuje ludzi, których celem jest coś więcej niż sukces kasowy w box office.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2012 22:24
  • sobota, 24 listopada 2012
    • Jak kino historyczne, to tylko od Spielberga

       

      Steven Spielberg do filmu o szesnastym prezydencie USA Abrahamie Lincolnie zbierał materiały dwanaście lat. Początkowo był zainteresowany zekranizowaniem całej biografii bohatera Ameryki, ale w końcu zdecydował się adaptować książkę Doris Kearns Goowdin, która przedstawia batalię Lincolna o przegłosowanie 13. poprawki do Konstytucji znoszącej niewolnictwo. Na tym wyrywku z życia tragicznie zamordowanego prezydenta, nie było łatwo ani Spielbergowi, ani scenarzyście Tony'emu Kushnerowi lawirować. I choć często ich obraz brzmi bardzo patetycznie, to bez cienia wątpliwości można uznać, że ta laurka została wykonana z klasą i odpowiednią wrażliwością.

      Lincoln w wersji Daniela Day-Lewisa nie wygląda na polityka w pełni sił. Pracoholik na wątpliwej diecie, targany ciągłymi konfliktami na polu zawodowym i prywatnym. Na pierwszy rzut oka ciężko stwierdzić, czy ten Pan może mieć w sobie dość energii na coś więcej, niż przejście z punktu A do punktu B. Pozory mylą, bo chociaż Abraham Lincoln nie był okazem zdrowia mentalnie urodził się gladiatorem, którego nikt i nic nie powstrzyma przed wygraniem pojedynku o wolność jednostki. W strudzonych oczach prezydenta widać było zacięcie i determinację, która ostatecznie uwolniła Amerykę od przymusowego niewolnictwa. Przeforsowana w warunkach skrajnej politycznej awantury 13. poprawka już na zawsze zmieniła bieg historii.

      I to, ale nie tylko Spielberg stara się swoim filmem przypomnieć. Naturalnie odwołuje się także do przyziemnych problemów Lincolna, które dopełniają charakterystykę tej postaci. Wraz z oddaną żoną nie chciał dopuścić, by jego syn porzucił studia prawnicze i przywdział mundur Unii. Napięta sytuacja była częstą przyczyną konfliktów rodzinnych, czego najlepszym przykładem jest dramatyczna scena pomiędzy Lincolnem a Marry Todd, zakończona wybuchem żalu i rozpaczy obojga.

      Zresztą rozgrywająca się w sypialni Białego Domu scena, aplikuje imponującą próbkę aktorstwa najwyższych lotów w wydaniu Daniela Day-Lewisa i Sally Field. Szczególnie laureat już dwóch Oscarów wywiązał się znakomicie z zadania powierzonego przez Stevena Spielberga. Bez słów, bez gestów budował kapitalny wizerunek Lincolna. Z twarzy można czytać wszystko o tej postaci - kim był, czego pragnął, czym się martwił. Day-Lewis jeszcze raz nam przypomina, że jest jednym z najwybitniejszych aktorów naszych czasów.

      Ten oczekiwany od miesięcy projekt był obciążony sporym ryzykiem. Nie jest łatwo, nawet komuś takiemu jak Steven Spielberg zrealizować film godny legendy Abrahama Lincolna. Ale reżyser bez kompleksów stworzył klasyczne kino amerykańskie, gdzie wielcy ludzie wygrywają dla nas wielkie bitwy. Jako soczewki po raz kolejny użył kamery Janusza Kamińskiego, cudownie oddającej klimat połowy XIX wieku.

      Nie zaniedbał niczego, uniwersalnie wplatając w tą opowieść prawdę o tym czym była i czym powinna być demokracja. Ustrój niedoskonały jak ludzie którzy go tworzą, przez co często nie spełniający oczekiwań. Demokracja w tym filmie to wyboista droga pełna kuszących skrótów wprowadzających w ślepe zaułki. Przychodzą jednak takie chwile dla tych, którzy tą ścieżką podążają, że wszystko wydaje się mieć sens. I nawet jeśli służba publiczna częściej wydaje się stratą czasu niż misją, sukces dla tych najwytrwalszych i najmądrzejszych prędzej czy później nadejść musi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak kino historyczne, to tylko od Spielberga”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2012 22:59
  • sobota, 10 listopada 2012
    • Nowy agent, ale nie Bond

      Nareszcie! Kolejna odsłona przygód Jamesa Bonda dotarła także do USA. Na pierwsze pokazy gnały tłumy, w tym także moja skromna osoba, rozpalona wcześniejszymi zachwytami prasy i internetu. Dwudziesty trzeci odcinek serii okazał się koronkową robotą reżysera Sama Mendesa, który wykreował niesamowity film akcji. W uszach jednak słyszę, zadane przez krytyka Jacka Szczerbę pytanie o to czy nowy Bond to jeszcze jest Bond? Szczerze? Chyba nie.

      To banał, ale kino się zmienia. I ponieważ się zmienia, nawet nietykalna seria o agencie 007 musiała ewoluować. Ma zadowalać nie tylko fanów pamiętających szaleństwo na punkcie Bonda z lat 60', ale przede wszystkim trafiać w gusta współczesnego pokolenia, decydującego o tym, czy agent sprzed kilku dekad wciąż jest w multipleksach niezbędny. "Skyfall" udowadnia, że wątpliwości co do kondycji serii są całkowicie nieuzasadnione, a James Bond wciąż działa na widzów jak lep na muchy. Nowe trendy kina akcji wylewają się z ekranu, a zatem mamy bohatera zmęczonego, pełnego wątpliwości, jednak nie na tyle, by zaprzestać swojej solowej krucjaty przeciwko złu. Bond jest niedoskonały i  zagubiony, ale właśnie dlatego, że to Bond odradza się w pięknym stylu.

      Na jego "zmartwychwstanie" pracuje Daniel Craig. Lubię go i cenię, ale mam opory, kiedy przychodzi mi stawiać tą interpretację słynnego bohatera, obok mojej ulubionej w wydaniu Connery'ego, Moore'a, czy Brosnana. Craig wykreował kompletnie inny model agenta 007, oddalony o setki kilometrów od tych romantycznych, rycerskich wydań z przeszłości. Jestem sentymentalna, to też współczesnego Bonda separuję od tych poprzednich, bo w mojej świadomości Daniel Craig  stworzył nowego agenta.  Dla widzów niezbyt związanych z początkami serii, rola Craiga będzie najlepszą w historii, bo dzisiaj tak wygląda kino sensacyjne, i takim standardom nowy 007 musi sprostać.

      Tymczasem dla pozostałych maniaków istnieje problem i nie ukrywam, że nowa wersja jest dla mnie wersją Bonda w cudzysłowie. Dlaczego? Tylko znajomy motyw muzyczny, słynny Aston Martin, czy końcowa scena w siedzibie MI6 uzmysławiały mi, że oglądam film z tej słynnej serii o Jamesie Bondzie. Cała reszta jest tak skonstruowana, że pozostaje wrażenie obcowania z świetnym kinem akcji, lecz niekoniecznie kinem akcji o Bondzie.

      Sam Mendes zresztą uparł się, że na wielu płaszczyznach będzie nam przypominać o przeszłości, która buduje nasz charakter. Czegoś podobnego doświadczyliśmy w trylogii o Jasonie Bournie, ale chyba nie ma kinomana, który nie odnalazłby w fabule "Skyfall" prawie jawnego odwoływania się do Batmana Christophera Nolana. Bond niczym Bruce Wayne walczy z podobnymi dylematami. Owy zabieg nie do końca kupuję, bo wykorzystany wcześniej świetnie przez Nolana motyw nie smakuje już tak świeżo w "Skyfall". Wciąż absorbuje, a bohater rodzi współczucie i pytania, ale przecież gdzieś to już kiedyś widzieliśmy...

      Na tym wyjątkowym wydaniu Bonda na pewno wygrywa Javier Bardem. Przyznajcie się - też mieliście ciarki już na zwiastunach kiedy syczał: "Mommy was very bad". Oglądanie go w takiej formie doprowadza wręcz do ekstazy, a słuchanie w czasie pierwszego starcia słownego z Bondem było jednym z najlepszych momentów filmu.

      I jeszcze te zdjęcia! Rewolucja technologiczna sprawiła, że to co było trudno czasem pokazać w latach 60', teraz można eksplorować do woli, zapierając dech widzów znakomitymi krajobrazami Szkocji czy Szanghaju. Roger Deakins etatowy operator braci Coen, a także twórca zdjęć między innymi do filmu "Skazani na Shawshank" nie szczędzi nam swojego instynktu, lub jak kto woli geniuszu i dostarcza wspaniałych wrażeń poprzez piękne ujęcia.

      Wspomniana gdzieś wcześniej trylogia o Jasonie Bournie, czyli moja ulubiona seria sensacyjna miała również w tym roku swoją kontynuację. Niestety kompletnie zawiodła i już powoli traciłam nadzieję, że dane mi będzie zobaczyć w 2012 roku uczciwy, klasowy film akcji. Lecz "Skyfall" na 50-lecie serii o Bondzie zaspokoiło mój głód masowej rozrywki. Współczesna interpretacja agenta 007  będzie tematem dyskusji, bezdyskusyjny natomiast jest wysoki poziom widowiska. I nie ważne jak daleko od Bonda a'la Connery jest Daniel Craig, fakty pozostają faktami: "Skyfall" prezentuje się na dużym ekranie znakomicie.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy agent, ale nie Bond”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      sobota, 10 listopada 2012 23:11
  • piątek, 09 listopada 2012
    • Pijackie story w przestworzach od Roberta Zemeckisa

       

      Alkoholizm dla przemysłu filmowego od zawsze stanowił źródło licznych dramatów, które interpretowane przy pomocy scenariuszy, skrótowo na dużym ekranie mają być przestrogą dla każdego widza. Co jakiś czas twórcy z ambicjami dobierają się do jądra alkoholowej choroby, która zawsze jest przyczyną upadku psychicznego i fizycznego. Na rejs po tych zdradzieckich wodach pozwolił sobie Robert Zameckis, który pod przykrywką genialnego lądowania samolotu, jeszcze raz zastanawia się ile człowieka w człowieku kiedy pije?

      Zanim staniemy się świadkami niemal półgodzinnej walki o ocalenie załogi i pasażerów feralnego lotu, otrzymujemy pełny obraz sytuacji pilota Whipa Whitakera. Swojego niekończącego się kaca leczy kokainą, wódką i aspiryną - mieszanką, która stawia go na nogi przed odpaleniem silników maszyny. Jego balansowanie na krawędzi pewnie trwałoby w najlepsze, ale wtedy kapitan bohatersko ratuje przed pewną śmiercią swoich pasażerów i wykonuje niemożliwe manewry w powietrzu. Depczące mu po piętach komisje badające przyczyny wypadku, oraz wyrzuty sumienia wkrótce zmuszą Whipa do pojedynku z własnymi słabościami.

      Brnąc coraz głębiej w destrukcję, niesamowity pilot traci całkowicie kontrolę nad sobą. Sterowanie skomplikowanego samolotu okazuje się dziecinnie proste w porównaniu z konfrontacją z samym sobą. Reżyser Robert Zemeckis - mistrz prostych, wyrazistych historii i tym razem stawia na kilka banałów. Być może to jest powodem lekkiej zadyszki "Lotu", którą daje się odczuć mniej więcej po godzinie seansu. Zemeckis nie wymyślił nic czego byśmy już nie widzieli, i nawet znakomity w roli głównej Denzel Washington czasami musiał "walczyć" ze scenariuszem.

      Wiarygodnie i wzruszająco znowu robi się w kluczowych końcowych scenach. Wtedy poziom frustracji oraz poczucia winy osiąga szczytowy poziom dla Whipa Whitakera, i nie pozostaje mu nic innego jak stawić czoła rzeczywistości. Stojąc po jego stronie przez cały film uległam zamierzonej manipulacji twórców, którzy na finiszu dają lekcję pokory. Jego sytuacje obracają o 180 stopni demonstrując jak ważne są konsekwencje, nawet jeśli okrutne, ciut niesprawiedliwe. Konsekwencje dają szansę na odrodzenie i wolność od uzależnień, w przypadku bohatera "Lotu" alkoholowych i narkotykowych.

      Dla Roberta Zemeckisa to film ważny, bo też problem nigdy nie traci na aktualności. Podniósł rzucone rękawice i nie zawiódł. W perspektywie kolejnych lat jego najnowszy film "Flight" raczej nie będzie brylował w rankingach obok "Zostawić Las Vegas", czy "Kto się boi Virginii Woolf?", ale z czystym sumieniem przyznaję, że zostaje ta opowieść w głowie. Zostają te ostatnie sceny, świetnie zrealizowane i rozpisane, kiedy oglądałam obnażonego alkoholika, który wreszcie przestał się oszukiwać.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Pijackie story w przestworzach od Roberta Zemeckisa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 09 listopada 2012 15:39
  • wtorek, 23 października 2012
    • Operacja Argo, czyli Affleck na fali wznoszącej

      Jak trudno od bohatera kolorowych magazynów, przeistoczyć się w twórcę rozpieszczanego przez krytyków? Ciekawe jakiej odpowiedzi udzieliłby na to pytanie Ben Affleck? Wcale nie tak dawno temu został zaszufladkowany i oblepiony łatkami. Wtedy mało kto się spodziewał, że od tego wizerunku zdoła uciec. Tymczasem gwiazdor miał zupełnie inne plany - ustabilizował się jako mąż i ojciec, a potem śmiało walczył o swoje reżyserskiej projekty. Rezultat? Wystarczy obejrzeć "Operację Argo".

      Jeśli ktokolwiek miał zastrzeżenia, co do warsztatu Bena Afflecka po jego najnowszym filmie je straci. Tym razem przedstawia bowiem thriller polityczny, który godzien jest porównań do najlepszych przedstawicieli tego gatunku - nieznośnego, gdzie niedopowiedzenia, pojedyncze słowa, spojrzenia budują nastrój i napięcie. Nie wystarczy zmontować kilka mrocznych kadr, czy wyciągnąć trupa z szafy. Żeby thriller polityczny miał sens i wciągał, reżyser musi mieć do dyspozycji inteligentny scenariusz, by potem na planie pedantycznie pracować nad detalami. Affleck najwyraźniej rozumiał te prawidłowości, bo do "Argo" nie można się przyczepić.

      Za inspirację posłużyła mu prawdziwa historia sześciu pracowników amerykańskiej ambasady w Iranie, którzy w czasie szturmu na placówkę w Teheranie w 1979 roku, zdołali wymknąć się z opanowanego budynku i znaleźć schronienie w posiadłości ambasadora Kanady. CIA ma niewielkie pole manewru na tym terenie, więc do boju wysyła jednego ze swoich agentów, który w oryginalny sposób postanawia zorganizować dla nich podróż powrotną.

      Ben Affleck oczywiście nie trzymał się twardo faktów historycznych. W scenariuszu napisanym przez Chrisa Terrio, finałowe sceny zostały przedstawione inaczej niż w rzeczywistości. Zmiany mogą zbulwersować znawców tematu, natomiast widzów doprowadzą do stanu wrzenia. Kumulujące się napięcie pod koniec filmu, najlepiej oddaje w jak nieciekawych stosunkach Ameryka była i jest z Bliskim Wschodem.

      Na sukces "Argo" pracuje również obsada. Bryan Cranston, gwiazda cenionego przez krytyków serialu "Breaking Bad", wraz z Johnem Goodmanem, czy Alanem Arkinem tworzą silne wsparcie dla Bena Afflecka. Uzupełnieniem dla tych kreacji jest tło historyczne. Klimat oraz moda końcówki lat 70' i początku 80' została przez twórców z wizualizowana bez wpadek.

      "Operacja Argo" z pewnością jest kolejnym ważnym krokiem w karierze Afflecka. Nie dość, że zagwarantował fascynującą rozrywkę, przedstawił jeszcze interesujący kontekst. Co najistotniejsze - z każdym kolejnym projektem ewoluuje. A przecież skończył dopiero 40 lat! Trzymam za Afflecka kciuki, bo walka ze stereotypami zawsze zawsze jest warta zachodu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2012 22:16

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi