Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • poniedziałek, 17 grudnia 2012
    • Miłość, zemsta, sprawiedliwość - czyli siódma jesień Dextera

      Aż trudno uwierzyć, ale stacja Showtime zakończyła właśnie emisję siódmego sezonu "Dextera", czyli serialu o "ulubionym seryjnym mordercy Ameryki", jak głosi jedno z wielu haseł reklamowych. I tym razem niepozorny jajogłowy z posterunku policyjnego w Miami miał pełne ręce roboty. Musiał nie tylko stawić czoła swoim nowym wrogom, ale dodatkowo radzić sobie z zawirowaniami sercowymi. Preludium do finałowego sezonu miało swoje wzloty i upadki, ale pomijając niektóre przewinienia, "Dexter" mnie nie zawiódł i podarował 12 epizodów świetnej rozrywki. (SPOILERY)

      Debra i Dexter

      Poprzednia seria zakończyła się wielkim cliffhangerem w kościele, gdzie Dexter został przyłapany na gorącym uczynku przez przybraną siostrę. Debra w najnowszych odcinkach wiedziała już wszystko. Na początku chciała z naturą brata walczyć, chciała wytresować "mrocznego pasażera". Nie była jednak w stanie "wyleczyć" Dextera z czegoś, co wchodzi w skład jego osobowości. Więzi łączące ich przez wiele lat nagle zostały nadszarpnięte, bliskie zerwania. Ale miłość wiele wybacza, wiele zapomina. Debra z odcinka na odcinek coraz pewniej stawała po stronie brata, powoli przyzwyczajając się do prawdy. W rezultacie, w chwili największej próby wybrała Dextera, stając się tym samym co On - mordercą.

      Dexter - Isaak Sirko

      Już na samym początku Dex musiał "poczuć krew", więc zapolował na zabójcę policjanta. Niestety jego nieodpowiedzialny dobór ofiary, ściągnął na niego ukraińską mafię, z jej szefem Isaakiem Sirko na czele. Były więc podchody, strzelaniny, wreszcie obaj panowie nie mieli wyjścia i musieli się dogadać. Na początku siódmej serii Sirko wyglądał na najważniejszego gracza, przeciwnika z którym Dexter stoczy najkrwawsze boje. Ale obu panów więcej łączyło niż dzieliło, toteż nawet chęć zemsty nie przeszkodziła im w nawiązaniu przyjacielskich stosunków na mecie tego starcia.

      Dexter + Hannah

      All you need is love? Kto by pomyślał, że nawet Dexter Morgan bardziej niż kolejnych ofiar, bardziej niż krojenia ludzi na kawałki pragnie akceptacji i miłości. Pragnie zrzucić maskę i nie spotkać się z odtrąceniem i przerażeniem. Hannah McKay okazała się być tą jedną jedyną, która na widok prawdziwego Dextera nie ucieka, ale wtula się w jego ramiona. To było prawdziwe love story z zakończeniem godnym dobrego melodramatu. Zakazana miłość pomiędzy dwoma zabójcami miała swoje cienie i blaski, ale choć na chwilę główny bohater mógł poczuć, co ona na prawdę znaczy. Czy ciąg dalszy nastąpi w kolejnym sezonie?

      Dexter vs. LaGuerta

      Niepozorna, uwielbiająca światła jupiterów kapitan, niegdyś zadurzona w Dexterze "prawie" zaprowadziła przed oblicze sądu najniebezpieczniejszego seryjnego mordercę w kraju. A wszystko zaczęło się od jednego szkiełka z krwią Travisa Marshalla, które otworzyło oczy Marii LaGuercie. Wpadała na coraz lepsze pomysły, zaglądała tam gdzie nikt nie zaglądał i odkryła prawdę. Cóż z tego, kiedy ostatecznie została - jak wielu innych znających prawdziwe oblicze Dextera - usunięta z drogi. I to wcale nie za sprawą tego, którego chciała zamknąć za kratkami.


      Dexter w ostatnim sezonie

      Teraz kiedy już wiadomo, czym Debra stała się pod wpływem wiedzy nabytej w siódmej serii, oraz wyborów, których musiała dokonać - jej przyszłość, przyszłość Dextera w finałowej serii nie wygląda różowo. Oboje przeszli piekło; Dexter żyje trumą z dzieciństwa, traumą jego przyrodniej siostry będzie zabójstwo policjantki w imię miłości. Początek obu tych koszmarów miał miejsce w tym samym kontenerze, zalanym krwią niewinnych osób. Czy dla Dextera i Debry jest jeszcze ratunek? Czy zrządzeniem losu zdołają na końcu uniknąć sprawiedliwości? Na te odpowiedzi z niecierpliwością czekam do następnej jesieni.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Miłość, zemsta, sprawiedliwość - czyli siódma jesień Dextera”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 grudnia 2012 22:44
  • piątek, 14 grudnia 2012
    • Entliczek, pentliczek na kogo wypadnie, temu Oscar przypadnie

      "Lincoln" Stevena Spielberga czy "Argo" Bena Afflecka? Zdaje się, że walka o najważniejsze statuetki filmowe za 2012 rok rozegra się pomiędzy branżowym autorytetem a zyskującego coraz więcej sympatyków eks-celebrytą.  Zaraz za nimi w wyścigu po splendor i tortowe wisienki czai się Kathryn Bigelow (Zero Dark Thirty) i Quentin Tarantion (Django Unchained). Emocje rosną, a oskarolodzy nie robią przerwy i non stop raczą nas kolejnymi teoriami na temat przyszłych laureatów. Czy można wytropić triumfatorów dwa miesiące przed oficjalną galą?



      W środę poznaliśmy nominowanych do SAG Awards, czyli nagrody gildii aktorów ekranowych. Na listach pojawiali się faworyci, między innymi Bradley Cooper (Silver Linings Playbook), Jessica Chastain (Zero Dark Thirty), czy wreszcie Daniel Day-Lewis (Lincoln). Dla przewidujących oscarowe rozdania to wydarzenie miało szczególne wymiar, bo określiło kierunek w jakim cały wyścig będzie zmierzać aż do lutego. Po kilku ostatnich triumfach Zero Dark Thirty wśród krytyków, kolejne wyroznienia umocniły pozycję filmu Kathryn Bigelow, ale to czwartkowe nominacje do Złotych Globów miały być i były pierwszą poważną weryfikacją, zaplanowanej na koniec grudnia premiery jej najnowszego dzieła.


      IN

       


      Największą niespodzianką globowych nominacji bez wątpienia jest film "Połów szczęścia w Jemenie". Ta urocza, acz banalna komedia romantyczna porwała serca głosujących, wprawiając obserwatorów w zakłopotanie. Nie wydaje się by Emily Blunt, czy Ewan McGregor mieli szanse na statuetki, ale walka w ścisłym gronie faworytów sprawia, że już wygrali.



      Nicole Kidman (wciąż nie rozumiem jej fenomenu) szanse na zdobycie Złotego Globa ma aż dwie. Nikt co prawda nie widział ani "The Paperboy", ani "Hemingway i Gellhorn", co wcale nie przeszkodziło dziennikarzom "wcisnąć" Kidman w czołową stawkę. Wygląda na to, że siłą uroku osobistego wywalczy miejsce na listach nominowanych do Oscarów.


      Jeszcze bardziej zadziwiająca jest nominacja dla Richarda Gere'a (Arbitrage). We wszelakich przewidywaniach jego nazwisko nie figurowało, ale ostatecznie wyskoczył jak królik z kapelusza. W swojej kategorii (najlepszy aktor w dramacie) konkurować będzie z Day-Lewisem czy Phoenix'em. Jego szanse? Zerowe.


      Największą ulgę poczułam, gdy wyczytano Leonardo DiCaprio (Django) wśród nominowanych za role drugoplanowe. Walkę o statuetkę stoczy z kolegą z planu Christophem Waltzem. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak mu życzę tej nagrody. Od początku kariery z małymi wpadkami (kto ich nie ma?) ciężko harował na szacunek i prestiż. Mam nadzieję, że tym razem się uda.


      OUT



      A kto rozczarował się boleśnie czwartkowego poranka? Anthony Hopkins, który stworzył znakomitą kreację Alfreda Hitchcocka już kilka tygodni temu zapowiedział, że nie zamierza agitować na własną korzyść, i dobrowolnie rezygnuje z walki o nominacje oraz nagrody tego sezonu. Głosujący najwyraźniej uznali, że ten akt zuchwałości musi zostać potępiony, to też Hipkins nie ma nominacji ani do SAG Awards, ani Golden Globes. Kosztem Hopkinsa na liście pojawił się Gere. Poważnie?



      Niezadowoleni są też z pewnością twórcy tegorocznych blockbusterów, świetnie przyjętych przez krytykę. The Dark Kight Rises walczy wprawdzie o statuetkę SAG Award (jedna nominacja), ale wieńczący trylogię film Christophera Nolana został totalnie zignorowany przez HFPA. Nie poszczęściło się też Skyfall (nominacja dla Adele za piosenkę), chociaż w tym wypadku nagroda pocieszenia może być nominacja dla Bardema w rozdaniu SAG. Los The Dark Knight Rises podzielił Hobbit, który spotkał się z chłodnym przyjęciem i może już tylko marzyć o sukcesie kasowym, ten artystyczny jest mocno wątpliwy.


      Złote Globy zostaną rozdane 13 stycznia.



      Moje przewidywania:


      Najlepszy dramat: Lincoln


      Najlepszy reżyser: Steven Spielberg (Lincoln)


      Najlepszy scenariusz: Zero Dark Thirty


      Najlepsza komedia lub musical: Silver Linings Playbook


      Najlepszy aktor w dramacie: Daniel Day-Lewis (Lincoln)


      Najlepszy aktor w komedii lub musicalu: Bradley Cooper (Silver Linings Playbook)


      Najlepsza aktorka w dramacie: Jessica Chastain (Zero Dark Thirty)


      Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu: Maggie Smith (Quartet)


      Najlepszy aktor drugoplanowy: Philip Seymour Hoffman (The Master)


      Najlepsza aktorka drugoplanowa: Anne Hathaway (Les Miserables)


      Najlepszy film animowany: Frankenweenie


      Najlepszy film zagraniczny: Amour

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 14 grudnia 2012 17:35
  • sobota, 08 grudnia 2012
    • Hitchcock na skraju psychozy

      

      Czy Alfred Hitchcock mógł przypuszczać, że kilka dekad po realizacji kontrowersyjnej "Psychozy", nowe pokolenia twórców i aktorów będą na dużym ekranie wracać na plan tego arcydzieła? Prawdopodobnie nie był tak próżny i bezkrytyczny, by spodziewać się filmu o swoim filmie. Tymczasem stało się! W ciele Anthony'ego Hopkinsa Hitchcock przypomina, szczególnie tej młodszej widowni, jak to się kiedyś thrillery kręciło i czym była prawdziwa sława.

      Realizacją tego projektu zajął się nieopierzony Sacha Gervasi, dla którego "Hitchcock" jest reżyserskim debiutem fabularnym. Można się zastanawiać, dlaczego film o jednym z najsłynniejszych twórców filmowych nakręcił niedoświadczony początkujący, ale te wątpliwości zostaną rozwiane błyskawicznie już po pierwszych scenach. Pomiędzy kolejne wątki zawodowe, umiejętnie wplata te prywatne rzeźbiąc pełny obraz Alfreda Hitchcocka. Reżysera tak ambitnego i przekonanego o swojej racji, że aż gotowego zaryzykować w imię intuicji wszystko.

      Kość niezgody w trakcie kręcenia "Psychozy" stanowi zaufanie, a raczej brak. Brak zaufania Paramount Pictures do niezawodnego nosa Hitchcocka, czy brak zaufania żony do męża i vice-versa. Presja związana z oczekiwaniami odbiorców, oraz narastająca zazdrość małżeńska, stawia reżysera w kryzysowej sytuacji, przez co czasami działa zbyt pochopnie i popełnia błędy. Wszystko to w imię sztuki - efektu, który zachwyca widzów aż do dziś.

      W obrazie Sachy Gervasi'ego widzimy jednak przede wszystkim człowieka. Być może genialnego, ale z takimi samymi problemami jak wszyscy. Stres łagodził kolejnymi uzależnieniami, nie zauważając tym samym kluczowej roli żony Almy, zawsze wiernie trwającej u jego boku. W filmie Gervasi'ego Hitchcock potrzebuje czasu, by wreszcie zrozumieć ile ona dla niego znaczy.

      Gratką dla fanów są również udane role Helen Mirren i Anthony'ego Hopkinsa. Ta para doświadczonych aktorów znakomicie rozumiała intencje scenariusza, dokładnie demonstrując skomplikowane relacje pomiędzy Hitchcockiem i Almą Reville. W konsekwencji koneserzy otrzymują porcję aktorstwa z najwyższej półki. Jest się czym rozkoszować.

      Nie zawsze bezpiecznie znaczy dobrze, szczególnie jeśli mowa o kręceniu filmu. Sacha Gervasi nie grzeszy ryzykiem i fantazją, ale w przypadku tego projektu efekt jest więcej niż przyzwoity. Dla tych, którzy oczekują arcydzieła na miarę realizowanych przez głównego bohatera filmu, całość będzie rozczarowaniem. Pozostali powinni mieć frajdę z powrotu do 1959 roku, kiedy wielki artysta nakręcił wielki film.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      sobota, 08 grudnia 2012 17:38
  • wtorek, 04 grudnia 2012
    • Kryzysowa Ameryka oczami zabójcy

      http://www.upcoming-movies.com/image/killing-them-softly-movie-poster.jpg

      Jak zabić delikatnie? Najlepiej z dystansu, nie wystawiając się niepotrzebnie na emocjonalne ataki ofiary. Jackie Cogan bohater najnowszego filmu Andrew Dominika "Killing Them Softly", nawet w czasie zapaści gospodarczej nie zmienia swoich reguł gry. O ile jednak zasady pozostały te same, przebieg gangsterskich rozgrywek nie okazał się odporny na na amerykański krach ekonomiczny. Wracamy więc do 2008 roku, kiedy nawet płatni mordercy musieli zaniżyć stawki.

      Dwóch gagatków postanawia zrobić skok na kasę bossów nielegalnych gier hazardowych. Nieprzemyślany napad ściąga na obu panów speca od "sprzątania śmieci". W idealnie zaczesanych do tyłu włosach, dużych okularach i perfekcyjnie skrojonej skórzanej kurtce na scenę wkracza Brad Pitt, którego postać ma zamiar odzyskać kontrolę nad sytuacją. Jako Jackie Cogan nikomu nie okazuje miłosierdzia i skrupulatnie dba o własny interes, o czym boleśnie przekonują się jego ofiary.

      Jednak reżyser Dominik nie sprowadza "Killing Them Softly" tylko do wątków sensacyjno-kryminalnych. Wylewająca się z każdego kadru frustracja związaną z coraz większymi kłopotami materialnymi Ameryki stanowi wyzwanie dla każdego, nawet gangstera. Na tle politycznej walki o fotel prezydenta USA i kolejnych łzawych przemówień, rozgrywa się równolegle walka o władzę i pieniądze na ulicy, gdzie jak słusznie zauważa główny bohater można liczyć tylko na siebie.

      Na pochmurnej prowincji, która wydaje się miejscem zapomnianym przez Boga widzimy nagie supermocarstwo. Słabe po klęsce ekonomicznej, zdezorientowane i nieprzygotowane na nowe wymagania. W tej rzeczywistości mogą przetrwać tylko typy pokroju Cogana - nie przestające twardo stąpać po ziemi, nie traktujące dobrobytu jako czegoś stałego.

      Wzmocnieniem pesymistycznego klimatu "Killing Them Softly" są smaczki od Andrew Dominika.  Najważniejsze decyzje światka przestępczego zapadają pod mostem, albo opustoszałych barach. Stylistyka stosowana przez reżysera nie pozostawia złudzeń - bohaterowie upadli tak samo, jak upadła amerykańska giełda. Dodatkowo chłodna i perfekcyjnie dopracowana rola Brada Pitta stanowi kontrast pomiędzy nim a resztą postaci.

      Zalet wymienić można kilka, ale seansowi tego filmu towarzyszy również niedosyt. "Killing Them Softly" sprawia wrażenie, jakby brakowało kluczowego elementu do zaspokojenia widzów całkowicie. Owym właśnie jest scenariusz, który nie powala na kolana. Momentami kolejne sceny są zwyczajnie nudne i zamiast oczekiwanego napięcia, doświadczyć można zmęczenia materiału. W konsekwencji obraz podzieli losy "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" poprzedniego filmu Andrew Dominika, który szybko został przez widownię zapomniany. Na pierwszy rzut oka porywający, ale po bliższym kontakcie nie spełniający wszystkich wymagań.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 grudnia 2012 21:03
  • piątek, 30 listopada 2012
    • Triumf formy nad treścią

      W pewnym sensie "Życie Pi" Anga Lee przypomina skrajnie oceniany "Atlas Chmur" rodzeństwa Wachowskich. Pod kolorową, piękną skorupką ozdobioną błyszczącymi kadrami i świetnymi efektami specjalnymi, kryje się niezbyt imponująca ilość treści. Oczywiście twórca "Brokeback Mountain" stara się wmówić, że walka Pi ma wymiar metaforyczny, a jego dryfowanie po oceanie w towarzystwie tygrysa, to nic innego jak rozwój duchowy, ale aspirujący do miana jednego z najlepszych filmów roku tytuł, było stać na wiele więcej.

      Nie tylko zresztą przerost formy nad treścią łączy "Life of Pi" z produkcją Wachowskich. Zrealizowany za 120 mln$ obraz nie zaimponował Amerykanom, którzy podczas pierwszych trzech dni wyświetlania wydali na bilety nieco ponad 20 mln$. Było to widać na sali kinowej, która świeciła pustkami nawet w dniu z obniżką wejściówek. Co więc zawiodło? Dlaczego ta wielobarwna podróż, podczas której kolejny raz człowiek musi zmierzyć się z siłą natury, nie udźwignęła ciężaru gatunkowego?

      Być może jednym z powodów jest szalona zabawa obrazem. Ang Lee pokazuje na dużym ekranie wszystko. Intensywne kolory, naświetlanie życia podwodnego, czy dokumentowanie pięknego piekła sztormu na otwartym ocenie, zdaje się tak pochłonęło twórców, że ci zapomnieli o budowaniu nieco mniej lakonicznej fabuły. Pod tym względem zdecydowanie lepiej prezentuje się podobny gatunkowo "Cast Away" Roberta Zemeckisa. Losy granego przez Toma Hanksa wyrzutka przejmują i nie są rozpraszane przez otaczające go krajobrazy.

      Łatwo więc o monotonie w czasie projekcji, bowiem na dłuższą metę nawet najbardziej imponujące efekty wizualne stają się nudne. Ponadto człowiek postawiony w tak ekstremalnej sytuacji w jakiej był Pi, siłą rzeczy zlewa się z dziką naturą, a jego instynkty społeczne - bezużyteczne w nowych warunkach - zostają wytępione. W tym scenariuszu jest na odwrót; bardzo nierealistycznie wręcz za słodko, dlatego nie wierzę.

      W sukcesie kasowym nie pomoże też anonimowa obsada. Ang Lee kazał nawet wyciąć kilka scen z Tobey'm Maguirem uznając, że aktor jest "za sławny" do jego filmu. Nie można napisać, że wcielający się w tytułowego bohatera, totalny debiutant Suraj Sharma sobie nie poradził. Ale pozostaje otwarte pytanie, jak tą samą postać zinterpretowałby bardziej doświadczony aktor?

      Na dokładkę dostajemy od reżysera porcję dysputy na temat Boga i wiary. Nie mam nic przeciwko, lecz w tym wypadku zaproponowano kilka drętwych haseł, które brzmiały jak wyrwane z kontekstu.  Było aż tak źle? Z tymi najmłodszymi odbiorcami warto się wybrać, bo jest na czym "zawiesić oko". Nie sądzę jednak żeby zaproponowana przez Anga Lee formuła, zaspokoiła oczekiwania bardziej wygłodniałych kinomanów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Triumf formy nad treścią”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 30 listopada 2012 15:29

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi