Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • sobota, 29 grudnia 2012
    • Tarantino i wszystko jasne!

      Wyobraźnia Quentina Tarantino to studnia bez dna, z której zawsze koneser kina wydobędzie wiadro pełne soczystych historii. Ten hollywoodzki odmieniec właśnie zaprasza nas do swojego świata po raz kolejny, byśmy obejrzeli i ocenili jego najnowsze dokonanie, czyli "Django Unchained". W ciągu 160 minut żongluje spaghetti westernem, a publiczność na widowni skręca się na przemian ze śmiechu i obrzydzenia. Tym samym znowu udowadnia, iż w robieniu czegoś z niczego jest niekwestionowanym mistrzem.

      Cała zabawa z filmami Tarantino polega na tym, żeby znaleźć jak najwięcej za przerysowaną, ohydną przemocą. Dla jednych tam nic nie ma, dla drugich...no właśnie; dla tych drugich, także dla mnie lejąca się strumieniami krew, to kurtyna za którą reżyser przechowuje wszystko co najsmakowitsze w sztuce filmowej. "Django" zostało oparte na tych samych mechanizmach, ale pod lupę został podłożony spaghetti western, gatunek kina dzisiaj praktycznie zapomniany.



      Quentin Tarantino przedstawia tytułowego niewolnika Django, który niespodziewanie odzyskuje wolność. W parze z wyszczekanym łowcą nagród Doktorem Schultzem tropi, zabija i zgarnia kasę. Kiedy umowa obu Panów się kończy, wyruszają odbić z rąk bezwzględnego Calvina Candie żonę Django, Broomhildę. "Zabawa" trwa w najlepsze.

      I kiedy piszę "zabawa" mam oczywiście na myśli hektolitry cztucztej krwi rozbryzgane na każdym centymetrze kwadratowym scenografii. Trio Django- Schultz-Candie ma w tej materii szczególne zdolności i tupet, który nie powstrzymuje przed wdawaniem się w kolejne jatki. W tym męskim klimacie, gdzie rewolwer to najlepsza riposta, rozgrywa się klasyczny melodramat, jakże charakterystyczny dla westernu. Tarantino w znany nam sposób przypomina, iż cokolwiek robimy, robimy pod wpływem emocji, a nie zdrowego rozsądku. Niezmiennie naturalnym ludzkim dopalaczem są uczucia, targające nami jak liśćmi na wietrze.



      Jeśli mogę napisać, że mózgiem "Django Unchained" jest Tarantino, to sercem bez wątpienia Christoph Waltz. Pamiętacie tą pierwszą scenę z "Bękartów wojny", kiedy wkroczył na scenę Hans Landa, i niczym mroczny szeryf rozliczył się z tymi, z którymi rozliczyć się musiał? Powiedzieć, że jego aktorstwo w wielkim otwarciu było zachwycające, to jak nic nie powiedzieć. Mijają trzy lata i...voila! Znowu Waltz, znowu u Quentina, i znowu wejście, którego nie zapomnę. Bardzo chciałam, żeby to DiCaprio po swojej kreacji Calvina Candie był noszony na rękach . Faktycznie w roli czarnego charakteru był hipnotyzujący, ale na litość boską wyczynów Christopha Waltza nie można inaczej określić niż swego rodzaju obłęd. Zabawny, ironiczny, niebezpieczny, pewny siebie, szalony, doskonały Doktor King Schultz jest postacią w której widz "zakochuje" się od pierwszego wejrzenia. Nie mam nic do zarzucenia ani Jamie'mu Foxx'owi, doceniam z całego serca Leonardo DiCaprio. W innych okolicznościach obaj spijaliby śmietankę, lecz....dali się wrobić we współpracę z Waltzem.

      Dopełnieniem tego dzieła jest soundtrack, który pieścił moje uszy przez cały seans. Czego na tej ścieżce dźwiękowej nie ma? Jeden znakomity kawałek goni kolejny, i tak przez cały film. Mało? Operator Robert Richardson (tak na marginesie laureat trzech Oscarów: Hugo, Aviator, JFK) filtruje zakątki Teksasu bez szpanerstwa i przesady, od czasu do czasu częstując widza onieśmielającym kadrem.

      Miałam nadzieję, że brutalność w wydaniu tarantinowskim już nie będzie na mnie robić takiego wrażenia. Że nie będę musiała używać każdego dostępnego skrawka materiału do obrony przed kolejną ohydną sceną. Nic z tych rzeczy! Strzelający niczym Clint Eastwood Jamie Foxx oraz pozostali bohaterowie "Django" bardzo dosadnie wyperswadowali mi te oczekiwania. Cały paradoks polega na tym, że choć kolejne obrazy Quentina Tarantino muszę oglądać z pustym żołądkiem, i tak chcę je oglądać za wszelką cenę. Ta "rąbanka" ma swój silnik w zawsze świeżym jak sok pomarańczowym scenariuszu. Rozegrana doskonale z publicznością partia szachów pt. "Django Unchained" kończy się wygraną wszystkich. I twórców błyskotliwie powracających do spaghetti westernu, i odbiorców otrzymujących najlepszą możliwą rozrywkę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Tarantino i wszystko jasne!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      sobota, 29 grudnia 2012 04:56
  • piątek, 28 grudnia 2012
    • Zmarnowany potencjał "Nędzników"

      Najnowszy film laureata Oscara Toma Hoopera "Nędznicy" jest sztuczny jak ta francuska flaga, która powiewa w kadrach musicalu. Posługujący się doskonałą angielszczyzną bohaterowie, nijak pasują do swoich francuskich imion i rewolucyjnej rzeczywistości. Mimo szczerych chęci adaptacja epopei Victora Hugo nie porwała mojego serca, ani nie sprawiła, że ochoczo zalałam się łzami. To jest hit w USA i będzie hit w Polsce, ale rozmach jest większy niż oferowany przekaz.

      Gdyby jakość "Nędzników" mierzyć w minutach, które musiałam wysiedzieć przed seansem, by w ogóle na ów się załapać, nie byłoby wątpliwości, że superprodukcja spełniła swoje zadanie. Skąd więc wątpliwości, co do ostatecznego efektu? Wierzę na słowo, że Hooper chciał dobrze. Jak każdy reżyser po wielkim sukcesie (Oscar za "Jak zostać królem) był napompowany energią i gotowy na największe wyzwania. Potknął się jednak na swoim musicalu, i choć tragedii nie było ci którzy przyjemnie spędzili czas oglądając jego dwa poprzednie filmy (wspomniany "Jak zostać królem" i "Przeklęta liga") nie wyjdą z kina całkowicie usatysfakcjonowani.



      Zarysu fabuły chyba nikomu nie trzeba przypominać. Jean Valjean cudem ucieka z niewoli i zaczyna nowe życie. Kiedy wydaje się, że już do końca swoich dni nie zazna przykrości na jego drodze ponownie staje okrutny inspektor Javiert oraz zdesperowana Fantine, gotowa na wszystko, gdy w grę wchodzi jej ukochana córeczka. Valjean znowu zaczyna swoją krucjatę.

      Na początku ubiegłej dekady sukcesy "Moulin Rouge", czy "Chicago" odnowiły modę na musical w wydaniu hollywoodzkim. W kolejnych latach z różnym skutkiem następni śmiałkowie próbowali swoich sił na tym gruncie. Pora na "Nędzników" była więc idealna; zaproszono do współpracy znane twarzy i z góry założono, że tak sławny musical będzie tematem samograjem, który bez względu na wszystko przyniesie profit. Szacunki księgowym wyszły znakomicie, ale artystycznie film jest jak suchy naleśnik bez syropu klonowego; można zjeść z apetytem, lecz brak najważniejszego składnika daje się we znaki.



      Problemem bowiem jest ziejąca z ekranu przeciętność. Tak, tak, tak! Wszystkie numery i partie wokalne aktorów wypadają udanie. Scenografia, czy zdjęcia są przemyślane i spójne. Gdybym nie miała na płytach DVD poprzednich dokonań X-Muzy może nawet uznałabym, że nowe "dziecko" Toma Hoopera to coś więcej niż przyzwoita rozrywka do popcornu. Misternie realizowany efekt nie sięga szczytów i dziś wydaje się szalenie interesujące, dlaczego ktokolwiek uważa, iż "Nędznicy" zdołają wcisnąć się do TOPów 2012 roku. Dlaczego?

      Najmocniejszym punktem programu jest zaś drugoplanowa rola Anne Hathaway, która na kilka tygodni przed ceremonią rozdania najważniejszych statuetek jest liderką wyścigu. I to też tylko dlatego, że występy Pań w minionym sezonie były często słabe i niezbyt wyraziste. Koledzy z planu Hugh Jackman czy Russel Crowe wypadli na miarę swoich możliwości. Szczególnie ten pierwszy, mający przecież doświadczenia broadwayowskie dał publiczności upragnione show, wydając z siebie niesamowite dźwięki.



      To "przeszło dwugodzinne śpiewanie piosenek", jak to ładnie ujął jeden z widzów ledwie ociera się o powieść. Nie ma też energii bardzo popularnego spektaklu wystawianego na Broadwayu, dlatego mimo unoszącej się ekranowej elegancji oglądałam "Nędzników" niecierpliwie. Tom Hooper mógł pójść na całość i zaaranżować całą historię na nowo w sensie dosłownym. Stać go było na świetne pomysły, ale zdecydował się wybrać utarty szlak. Ten wysiłek wystarczył na porządną superprodukcję, nie wystarczył na niezapomnianą projekcję. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      piątek, 28 grudnia 2012 17:39
  • czwartek, 27 grudnia 2012
    • Nice Work If You Can Get It, czyli mój pierwszy raz na Broadwayu!

      Moim prezentem bożonarodzeniowym w tym roku był bilet na broadwayowskie show "Nice Work If You Can Get It" z Matthew Broderickiem i Kelli O'Harą. Zawsze chciałam taki spektakl zobaczyć i dzięki mojej wspaniałej host rodzinie w Ameryce, to pragnienie zostało zaspokojone. Wrażenia, które zabrałam ze sobą do New Jersey z Nowego Jorku są wspaniałe. O ile Times Square uważam za większy dom wariatów, w dodatku przereklamowany i kiczowaty, to kilka przecznic dalej Broadway jest dokładnie taki, jak zawsze sobie wyobrażałam: znakomity!

      Na deskach teatru zobaczyłam komedię o rozpieszczonym kobieciarzu, z kilkoma nieudanymi małżeństwami na koncie, i kompleksem matki wiecznie zawiedzionej synem. Jego dotychczas schematyczne życie (romas-małżeństwo-rozwód) zostaje poddane próbie, gdy po jednej z mocno zakrapianych imprez poznaje sympatyczną kryminalistkę Billie Bendix. Oboje dostają od losu szansę na zaznanie i zrozumienie miłości. W ślad za głównymi bohaterami podążają postacie drugoplanowe, którymi targają niemniej skomplikowane i szalone porywy serca.



      Na Broadwayu dostałam najlepsze możliwe show. Matthew Broderick i Kelli O 'Hara z wrodzoną lekkością i łatwością radzą sobie na scenie, grając tak jakby trema i stres nie istniały. Brawurową, przerysowaną postacią był lokaj-oszust (Michael McGrath), rozbawiający publiczność do łez. Całość przypieczętowało krótkie, wielkie wejście Blythe Danner, która wcieliła się w matkę głównego bohatera. Czy można marzyć o czymś więcej?



      Swój pierwszy i mam nadzieję nie ostatni spektakl na Broadwayu uważam za bardzo, bardzo udany. To jednak zupełnie co innego oglądać profesjonalistów na deskach teatru, a nie na ekranie w kinie. Takie występy są wyzwaniem, ale ich oglądanie daje szczególną satysfakcję. Imponujące popisy wokalne, znakomite układy choreograficzne z tego słynie Broadway nie bez powodu. Tam w sercu Nowego Jorku, każdy miłośnik kultury będzie czuć się wyśmienicie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 grudnia 2012 05:41
  • sobota, 22 grudnia 2012
    • Midas współczesnego aktorstwa, czyli Daniela Day-Lewisa droga do trzeciego (?) Oscara

      Znany z rygorystycznych przygotowań do ról, odrzucał oferty zagrania Batmana, czy Aragora w "Władcy Pierścieni".  Na początku kariery nazywany "brytyjskim Robertem De Niro" szybko udowodnił, że należy do ścisłej czołówki najwybitniejszych aktorów. Prywatnie wierny mąż i ojciec, introwertyk ceniący bardziej od wartości materialnych wartości duchowe. Daniela Day-Lewisa nie zobaczymy na rozkładówce każdego kolorowego magazynu, ani w tuzinie superprodukcji. Na dużym ekranie pojawia się rzadko, ale kiedy już to robi onieśmiela swoim talentem nawet największych sceptyków.

      "Pracę na planie zaczynam z poczuciem tajemnicy. Innymi słowy; jestem zaintrygowany życiem, które wydaje się bardzo dalekie od własnego. Zawsze mnie ekscytuje odkrywanie, że mogę na chwilę być kimś innym" - zgodnie z zasadami tej filozofii Day-Lewis występuje z powodzeniem od 1971 roku, kiedy właściwie w roli statysty pojawił się w filmie "Ta przeklęta niedziela". Trzydzieści lat później dla wielu kinomanów jest swego rodzaju bóstwem, które skrupulatnie przegląda scenariusze i zawsze wybiera dla siebie role wymagające całkowitego zaangażowania. Daniel Day-Lewis z krótką - w porównaniu z kolegami po fachu - filmografią, zdołał zostać ikoną aktorstwa doskonałego. Dziś nie wyobrażam sobie branży bez Day-Lewisa, bez jego kreacji inspirujących na wielu płaszczyznach. Dlaczego jest artystą wyjątkowym? Co różni go od tłumu pragnącego zaistnieć na srebrnym ekranie? Coś mi się wydaje, że to nie tylko talent i ciężka praca.



      Jak Brytyjczyk z Brytyjczykiem

      W ciągu ośmiu lat aż trzykrotnie był gwiazdą dramatów rozgrywających się w brutalnych realiach irlandzkich, reżyserowanych przez Jima Sheridana. Pod koniec lat 80' rola Christy Browna, niepełnosprawnego utalentowanego chłopaka z wielodzietnej rodziny zaowocowała pierwszym w karierze Oscarem. "Moja lewa stopa" odniosła olbrzymi sukces komercyjny i artystyczny, wchodząc do kanonu dramatów opartych na faktach. Z perspektywy czasu ten mocny początek wydaje się przystawką do kariery Day-Lewisa, która toczy się bez najmniejszej skazy, na niezmiennym wysokim poziomie.

      Reżyser i aktor ponownie spotkali się  na planie "W imię Ojca". I tym razem udało im się stworzyć wyjątkowy obraz. Opowieść o niesłusznie oskarżonym o zamach bombowy Gerrym Conlonie, o którego wolność z determinacją walczy ojciec spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem, czego potwierdzeniem były nominacje do Złotych Globów i Oscarów.

      Wreszcie po raz trzeci i ostatni współpracowali na planie filmu "Bokser". Ten melodramat o skazańcu wychodzącym na wolność po wieloletnim wyroku nie powtórzył spektakularnych sukcesów dwóch poprzednich filmów, niesłusznie. Miłość Meggie i Danny'ego emanuje naturalna prostotą i prawdziwością, a Day-Lewis i Emily Watson stworzyli subtelny duet, rozdzielony przez splot wielu zwykłych życiowych zdarzeń.

      Wspólne projekty Jima i Daniela, choć rozgrywające się daleko poza wypieszczonym Hollywood, swoim surowym środowiskiem oraz dylematami bohaterów elektryzowały i elektryzują publiczność. Tamte trzy filmy miały wspólny mianownik, który tworzył Daniel Day-Lewis. Jego niesamowite popisy zostały zauważone i wyklaskane, ale on sam wciąż nie czuł się gwiazdą i pomiędzy 1997 a 2000 znowu odpuścił sobie granie.




      "Błagał" Scorsese, "błagał" Spielberg

      Nie wiadomo jak długo zewlekałby z powrotem na duży ekranie, kiedy o jego względy znowu zaczął się ubiegał Martin Scorsese, który na jego talencie poznał się już w 1993, gdy Panowie pracowali razem przy melodramacie kostiumowym "Wiek niewinności". Jak głosi jedna z legend, reżyser wraz z Leonardo DiCaprio miał udać się do Florencji, by pod fałszywym pretekstem ściągnąć aktora do Nowego Jorku. Po namowach zgodził się przyjąć rolę łajdaka w dramacie "Gangi Nowego Jorku". Jak można się domyślić Billy "Rzeźnik" Cutting w wydaniu Day-Lewisa był doskonały jak francuski szampan. W czasie zdjęć nie wychodził z roli, odmawiał nawet ubierania kurtki w chłodne dni, bo przecież w czasie kiedy toczy się akcja filmu takich ubrań nie było. Jego oddanie było totalne, dlatego stał się bezdyskusyjnym faworytem sezonu oscarowego. Ostatecznie musiał zadowolić się nominacjami i statuetką BAFTA, ale ta rola jest uznawana za jedną z najlepszych w jego karierze.



      Po współpracy ze Scorsese postanowił wystąpić w filmie swojej żony Rebeccki Miller "Ballada o Jacku i Rose". Produkcja mimo jego nazwiska w obsadzie nie podbiła serc widzów, a Daniel Day-Lewis znowu postanowił czekać na wymarzony scenariusz. Owego dostarczył Paul Thomas Anderson, który właśnie szykował się do realizacji "Aż poleje się krew". Bohaterem obrazu jest Daniel Plainview, rezolutny biznesmen, który na początku XX wieku poszukuje złóż ropy. Walka o majątek i władzę zagłuszyła w nim wiele ludzkich odruchów, dlatego z dnia na dzień przeistacza się w bestię. Według producentów "Aż poleje się krew" w ogóle mogłoby nie powstać, gdyby niemożliwe było zatrudnienie Day-Lewisa. On zaś zdecydował się przyjąć ofertę, bo urzekł go wcześniejszy film Paula Thomasa Andersona "Lewy sercowy". Po premierze wszystko toczyło się według znanego schematu- liczne nominacje, potem wszelkie możliwe nagrody z Oscarem włącznie.

      W 2009 roku mogliśmy oglądać Daniela Day-Lewisa w musicalu. Rob Marshall (Chicago, Wyznania Gejszy) zebrał imponującą obsadę i...poległ. Krytyka była bezlitosna dla filmu, i nawet rola playboya reżysera, którą kreował Day-Lewis nie była w stanie uratować przeciętnego projektu.



      Na szczęście inni reżyserzy tylko czekali na jego skinienie. Steven Spielberg pierwszy raz w karierze musiał czekać i prosić aktora o przyjęcie roli. Jego historyczny dramat "Lincoln" o tragicznie zamordowanym, wybitnym prezydencie USA był tak ważny, że tylko artysta pokroju Daniela Day-Lewisa mógł zapewnić całkowity sukces. Po amerykańskiej premierze pochwałom nie było końca. Niektórzy nawet żartowali, że Day-Lewis był  Abrahamem Lincolnem bardziej niż...Abraham Lincoln. Wydaje się, że ten kolejny genialny występ już wkrótce zostanie potwierdzony złotymi statuetkami - Globem i Oscarem.

      Najlepszy aktor w historii?



      Czy Daniel Day-Lewis jest najlepszym aktorem w dziejach kina? Niestety żeby obiektywnie odpowiedzieć na takie pytanie, musielibyśmy coś zmierzyć, coś zważyć, potem porównywać bez końca i licytować się na argumenty. Tego typu tytuły to kwestia subiektywna, ale jego dorobek to bez wątpienia jeden z najznamienitszych w ogóle. Przeszło 50-letni aktor uniknął hollywoodzkiego zepsucia, i z dala od "tej" branży paradoksalnie stał się jej znakomitą reklamą. W przeciwieństwie do na przykład Roberta DeNiro czy Ala Pacino nie rozmienia talentu na drobne, rozkoszując się świętym spokojem. Jego legendę stworzyły nie tylko kreacje aktorskie, ale również specyficzny temperament. Nigdy nie był klasyczną gwiazdą, to też łatwiej publiczności utożsamiać się z jego postaciami niż z nim samym. Jakość nie ilość interesuje go najbardziej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      sobota, 22 grudnia 2012 23:23
  • środa, 19 grudnia 2012
    • Miłość w cieniu intryg i kłamstw - czyli 2. sezon Homeland

      Jeśli zastanawiacie się jak radzi sobie nowy lider wśród amerykańskich seriali, uspokajam: bardzo dobrze. Homeland tej jesieni musiało potwierdzić, że jest godne głoszonych pochwał i nagród. To był czas próby i twórcy nie mogli zrzucić poprzeczki zawieszonej rok temu. Nie bez kłopotów udało się drugą serię zakończyć tak, że widzowie usychają teraz z ciekawości co dalej. Ostatnie 25 minut finału zmienia bowiem wszystko. (SPOILERY)

      Powrót na "stare śmieci"

      Carrie zrezygnowana i zmęczona udowadnianiem swojej racji wylądowała w szpitalu psychiatrycznym na własne życzenie. Po ryzykownej kuracji próbuje reanimować to, czego praca w CIA jeszcze w niej nie zabiła. Ale z tego nurtu nie da się wyrwać. Carrie jest niezbędna agencji wcześniej niż przypuszczała. W czasie realizacji jednego, "ostatniego" zadania, jak zwykle wykazuje więcej szóstego zmysłu niż i ktokolwiek inny i dostarcza dowód, który wreszcie potwierdza jej najgorsze przypuszczenia i rehabilituje ją w oczach przełożonych.


      "This was love"

      W chwili, kiedy wszystko staje się jasne musi dojść do ponownego spotkania byłych kochanków, ale przede wszystkim wrogów. Najlepsze sekwencje scen mają miejsce w połowie sezonu, kiedy Carrie i Brody udają, że nie wiadomo o co chodzi, by później zmierzyć się w sali przesłuchań. Pierwsza szczera rozmowa pomiędzy nimi tworzy nową szansę na uczucie, które zaczęło kiełkować w słynnym domku w lesie. Od tej chwili Brody nie tylko może liczyć na wsparcie Carrie, jest też główną wtyką CIA i ma doprowadzić do schwytania Abu Nazira oraz powstrzymać atak na Amerykę. Dwójka wyrzutków z masą problemów emocjonalnych i niewidocznych blizn, podczas coraz trudniejszego polowania na terrorystę, pozwala sobie na gorący romans. Zresztą nie tylko o seks chodzi. Relacja pomiędzy nimi stała się tak poważna, że Brody nie waha się ratować Carrie i ryzykuje dla niej wszystko. Ten związek "prawie" doczekał happy endu.

      Dwie twarze Petera Quinna

      Nadzorem nad świeżo zdemaskowanym zdrajcą USA zajmuje się tajemniczy Peter Quinn. Dla Carrie i Saula persona non grata o której nic nie wiadomo; porywcza i w dodatku zesłana przez Estesa. Quinn wykonuje rozkazy, czyli kiedy trzeba eliminuje zagrażające cele. Nowa postać w Homeland od początku spisuje się świetnie, co potwierdza w finale nie realizując życzenia szefa. Quinn okazał się być twardym typem, czasem trudnym we współpracy, ale sprawiedliwym. Obyśmy zobaczyli go w kolejnym sezonie.

      Bombowa rewolucja

      Szok, niedowierzanie a nawet strach poczułam w chwili ataku terrorystycznego, którego ofiarami stało się CIA. Przez czterdzieści minut finału nie działo się nic. Twórcy zagrali nam na nosie dostarczając brazylijskiej telenoweli, a nie thrillera nagradzanego Złotymi Globami i Emmy. Carrie i Brody mieli "wolne" i zamiast kolejnych intryg,  planowali przyszłość i obściskiwali się.



      A tymczasem.....

      Wszystko legło w gruzach, dosłownie. Cała operacja schwytania i zamordowania Abu Nazira, powstrzymanie niedoszłego zamachu, rozpracowanie Brody'ego - CIA bardzo się spociło, ale przegrało bitwę z terrorystami. Sytuacja, która wydawała się jasna i spokojna w jednej chwili została zmieniona o 180 stopni. Twórcy Homeland rozegrali tę partię znakomicie, bo przecież nie można teraz niczego wykluczyć. Kretem może byś Saul, wiele faktów przemawia za tym, że brał udział w tej zbrodni. Równie dobrze o ten zamach można oskarżyć Brody'ego w którego samochodzie była bomba, i który znakomicie potrafi udawać niewinnego.


      Carrie uwierzyła jednak w zapewnienia ukochanego i pomogła mu w uciecze z kraju. Czy ma rację? Już raz wyczuła co kryje się za jego maską.Tym razem instynkt też ją nie zawiedzie? Jak wyglądać będzie CIA i USA w Homeland po tym co zaszło? Kto jest prawdziwym zdrajcą a kto bohaterem? Scenarzyści namieszali i z bałaganem nas zostawili. Na składanie tych puzzli czas będzie jesienią 2013 roku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Miłość w cieniu intryg i kłamstw - czyli 2. sezon Homeland”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      środa, 19 grudnia 2012 19:59

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi