Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • poniedziałek, 14 stycznia 2013
    • Złota noc w Hollywood!

      Rozdania Złotych Globów, czy Oscarów kpiarsko nazywane są "targowiskami próżności", bo to właśnie wtedy na czerwonym dywanie gwiazdy filmowe i telewizyjne chcą błyszczeć  najjaśniej. Odważę się jednak z tym nie zgodzić. Nie ma chyba kobiety, która nie chciałaby chociaż raz założyć kiecki za 10 tys.$ , wyszykować na bóstwo pod okiem najlepszych specjalistów, a potem przez kilka godzin uśmiechać do aparatów i kamer. A Panowie? Nie chcielibyście przez jeden wieczór być Danielem Craigiem u boku przepięknej Rachel Weisz, albo Danielem Day-Lewisem, czczonym bogiem aktorstwa? Mniejsza o to, która z tych gwiazd na prawdę jest próżna, a która nie; my, zwykłe szaraczki dzięki tego typu imprezom, możemy chociaż popatrzeć i podziwiać ludzi kina, którzy w poprzednim roku osiągnęli największe sukcesy. Targowisko? Jakie targowisko?

      Zanim Tina Fey i Amy Poehler wygłosiły swój ostry jak brzytwa "opening", byliśmy świadkami nadawanego do 167 krajów pokazu mody. Aktorki nie zawiodły i zaprezentowały prawdziwe dzieła sztuki, zawarte na metrach materiału. Trzy stylizacje szczególnie wyróżnię: Michelle Dockery, Julianne Hough i Jessickę Chastain. Pastele i biel na ich sukniach wyjątkowo okazale prezentowały się tego wieczoru.



      Wybiła godzina 20.00


      Nominowani do Złotych Globów zajęli swoje miejsca i...i musieli przetrwać napór złośliwości oraz gagów pary gospodyń. Fey i Poehler brutalnie poturbowały Kathryn Bigelow (żart o małżeństwie z Cameronem, czy Anne Hathaway (żart o prowadzeniu Oscarów z Jamesem Franco). Przez ponad 7 minut zawstydziły nawet Ricky'ego Gervaisa, który po kontrowersyjnym monologu w 2011, w 2012 był bardziej łagodny. Obie Panie z lekkością kontynuowały ironiczne docinki, a gwiazdy przy stołach modliły się, by nie być na celowniku prowadzących. Nie wszystkim się upiekło. Później Fey i Poehler już nie miały tylu okazji, by zaprezentować komediowe możliwości, ale ich misja odniosła wielki sukces i bez tego.

      Naj, Naj Panowie



      Pierwszą nagrodę przyznano w męskiej kategorii drugoplanowej. Rywalizację w tej bardzo, bardzo mocnej stawce wygrał Christoph Waltz. W "Django Unchained" zagrał koncertowo, i konkurencję ewentualnie mógł stanowić jedynie P.S. Hoffman. Niektórych ten wybór zaskoczył, mnie nie.

      Dość nieoczekiwanie Złotego Globa za rolę w komedii/musicalu odebrał Hugh Jackman. Wybór ten sprawił mi spory zawód. "Nędznicy" nie zrobili na mnie wielkiego wrażenia, a i też rola Bradleya Coopera była lepsza w "Silver Linings Playbook". Niewiadomo czy On kiedykolwiek będzie jeszcze tak blisko, tak ważnej nagrody.



      Murowany pewniak Daniel Day-Lewis również miał wiele powodów do radości. Głosujący dziennikarze nie mieli żadnych wątpliwości, że jego interpretacja Abrahama Lincolna, to najznakomitszy męski występ w 2012 roku. Kłaniam się do stóp Panie Lewis!

      Naj, Naj Panie



      Na śpiewaniu się dobrze wychodzi? Na to wygląda. Anne Hathaway, podobnie jak kolega z planu "Nędzników" wygrała Globa za żeński drugi plan. Czy przypuszczaliście 10 lat temu oglądając "Pamiętnik księżniczki", że ta dziewczyna tak daleko zajdzie?

      Jennifer Lawrence przejęła pałeczkę po Kristen Stewart i teraz jest gwiazdą młodzieżowej serii filmów "Igrzyska Śmierci". Nie do końca...Stewart od Lawrence dzieli nie tylko uśmiech, którego ta pierwsza nigdy nie ma na twarzy. Przede wszystkim Jennifer ma naturalny talent aktorski, i w przeciwieństwie do koleżanki po fachu nie zostanie zaszufladkowana jako Katniss. Dowód? Najlepszy z możliwych; Złoty Glob dla aktorki w komedii/musicalu.



      Podskoczyłam z radości, kiedy mój rudzielec (Jessicka Chastain) został zaproszony na scenę po odbiór nagrody. Jess jest wspaniałą, przepiękną, niesamowicie uzdolnioną artystką, która przebojem wdarła się do Hollywood i robi zawrotną karierę. Kreacja Maii z "Zero Dark Thirty" to wielki popis umiejętności Chastain. Nie wyobrażałam sobie, by ktokolwiek inny mógł wygrać w tej kategorii. Pod koniec lutego mam nadzieję będę świętować jej Oscara.

      Scenariusz i reżyseria


      Tarantino? Poważnie? - nie dowierzałam, kiedy ogłoszono, że Quentin napisał zdaniem dziennikarzy zagranicznych najlepszych scenariusz. On sam zresztą również nie oczekiwał nagrody, i wyraźnie zdezorientowany świetnie się bawił na scenie. Kiedy wyczytano jeszcze raz jego nazwisko w czasie prezentacji nominowanych reżyserów aż....się zakrztusił.



      Czwartkowy wczesny poranek na pewno był ciosem dla Bena Afflecka. Nie otrzymał nominacji do Oscara, i zaczął przygotowywać się do ewentualnej klęski. Później został uhonorowany nagrodą od krytyków, a finalnie wygrał wieczór Złotych Globów. Z przyjemnością cieszyłam się razem z nim tym triumfem. Niektórzy powiedzą zaskakującym, inni niesprawiedliwym w moim odczuciu ów wybór nie jest ani jednym, ani drugim. Zresztą, kiedy ostatnio tak przystojny mężczyzna został wybrany najlepszym reżyserem? Przystojny i utalentowany, co za połączenie!

      Panie, a co tam w telewizji nadają?



      Nadają, nadają i to całkiem dobrze. Silna pozycję umocnił thriller Showtime "Homeland": najlepsza aktorka i aktor w dramacie, oraz najlepszy serial. Z kolei Modern Family totalny lider komedii telewizyjnej został zdetronizowany przez HBO i "Girls". HBO świętuje podwójnie, bo ich film "Game Change" został obsypany Złotymi Globami. Kategorie telewizyjne nie dostarczyły większych emocji, bo głosujący nie podjęli kontrowersyjnych decyzji. Całość przebiegała w myśl zasady: rozdać i zapomnieć.

      Your simply the best


      Nie mogę pojąć, dlaczego tak przeciętny musical jak "Nędznicy" wygrywa z "Moonrise Kingdom" Wesa Andersona, czy "Silver Linings Playbook" Davida O. Russela? Różnica pomiędzy triumfatorem, a pozostałymi dwoma pozycjami polega na tym, że Tom Hooper zrealizował bezpieczne, standardowe kino. I to kino wygrało. Bardziej wyrafinowane, oryginalne obrazy, które jak ktoś ładnie ujął w czasie facebookowej relacji "miały to coś", musiały oddać palmę pierwszeństwa.


      Poza "Życiem Pi", które totalnie nie przypadło mi do gustu, cała czwórka nominowanych do tytuły najlepszego dramatu była idealna. Ktokolwiek wmaszerowałby na scenę, nie czułabym ukłucia niesprawiedliwości. Ostatecznie Złotym Globem w tej kategorii cieszą się twórcy "Argo". Nie, to nie jest niespodzianka, jak niektórzy sugerują. Od tygodni mówiło się o "Argo" jako potencjalnym liderze. Sama zresztą o tym pisałam, tuż po ogłoszeniu nominacji do Złotych Globów.

      W cieniu laureatów

      Bolał, bolał, bolał! Tak strasznie bolał widok rozczarowanego DiCaprio. W czwartek nie dostał nominacji do Oscara, a w niedzielę przegrał z Waltzem. Nie osładza tej informacji nawet fakt, że Chritoph na prawdę był genialny. Mam teraz ochotę faceta wyściskać i mu powiedzieć, że dla mnie ma już co najmniej 10 Globów i Oscarów.



      Zabawne były nie tylko gospodynie, ale również prezenterzy triumfatorów. Na przykład  Schwarzenegger i Stallone znakomicie ogłosili zwycięstwo "Miłości" Haneke. Natomiast owację na stojąco otrzymał...demokrata, były prezydent Bill Clinton. Publiczność dosłownie oszalała, kiedy polityk wszedł na scenę. Zamiłowanie do tej strony politycznej  w Hollywood nie maleje.

      I tak po prostu, po trzech szybkich godzinach ceremonii wszystko się skończyło. 70. edycja Złotych Globów przeszła do historii. Było lepiej niż w 2012; było z pompą, ale naturalnie i bez napięcia. Cała gala była trochę jak speech Jodie Foster, honorowo nagrodzonej tego wieczoru; momentami poważnie i wzruszająco, a momentami przezabawnie. Za miesiąc z kawałkiem Hollywood pokroi ten największy tort w branży pt. Oscary. Czy laureaci Złotych Globów również wtedy odniosą sukces? Ciągłe zwroty akcji sprawiają, że wiem, że nic nie wiem. 

       

      P.S. Najlepsza piosenka to "Skyfall'! Ależ ulga i radość. Już dawno ta kategoria nie była dla mnie tak ważna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Złota noc w Hollywood!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2013 18:55
  • piątek, 11 stycznia 2013
    • Czas na Oscary! Ale dla kogo?

      Tak na prawdę oscarowe typowania trwają cały rok. Kiedy obsługa zakończonej gali zwija rozgrzany spacerami gwiazd czerwony dywan, szaleńcy na całym świecie już rozpoczynają kolejną zabawę pt. "kto dostanie Oscara w następnej edycji?". Akademicy wielokrotnie nam udowadniali, że te zażarte typowania mają w nosie, lecz dla rozgorączkowanych filmofilów nie ma nic lepszego niż czekanie na styczniowy poranek w Hollywood, kiedy życzenia i przewidywania zostają z całym impetem rozdeptane. W 2013 roku znowu to zrobili, ale dla odmiany w lepszym stylu.

      99,9%

      Tyle szans na wygraną ma Daniel Day-Lewis. Nie wiem co by się musiało stać, żeby przegrał bój o trzecią statuetkę. W tle dopingować faworyta będą Denzel Washington (Lot), Joaquin Phoenix (Mistrz), Bradley Cooper (Silver Linings Playbook) i Hugh Jackman (Nędznicy). Były obawy, że Phoenix w tym maratonie nie pobiegnie, ostatecznie wśród uprawnionych do głosowania wygrał zdrowy rozsądek i znakomita kreacja z "The Master" została doceniona.


      Waltz czy Hoffman? 


      Męski drugi plan w 2012 był jak róg obfitości z którego raz po raz wyskakiwały kolejne łakocie dla publiczności. Kategoria dla mnie szczególnie newralgiczna, bo wszystko rozbijało się o pytanie: "Będzie DiCaprio, czy nie będzie?". Kiedy na ekranie zaprezentowano pierwszego nominowanego Christopha Waltza już wiedziałam, że Leo się nie załapał. Jest za to Alan Arkin (Argo), jest żywa legenda Robert De Niro (Silver Lanings Playbook), Tommy Lee Jones (Lincoln) i wspaniały w "Mistrzu" Philip Seymour Hoffman. Gdybym miała jakąś moc decyzyjną, wybrałabym kogoś z dwójki Waltz-Hoffman. Zademonstrowali znakomity warsztat, często ocierali się o perfekcję.

      Wiek nie gra roli

      Wyobrażacie sobie jakąkolwiek rywalizację na najwyższym szczeblu, gdzie na starcie staje 9-latka z...85-latką? Nieźle zakręcone, prawda? To się właśnie dzieje, jeśli spojrzymy na listę nominowanych do Oscara aktorek. Emmanuelle Riva (Miłość) mogłaby być prababcią Quvenzhane Wallis (Bestie z południowych krain). Obie dzieli kilka pokoleń, nie dzieli natomiast jakość kreacji ról w filmach. Do tej dwójki dołączyła Jessicka Chastain (Wróg numer jeden), Naomi Watts (Niemożliwe) i Jennifer Lawrenece (Silver Linigs Playbook). Faworytką na tą chwilę wydaje się Chastain, za którą zresztą mam zamiar mocno trzymać kciuki.

      Napiszę scenariusz, napiszę. Na Oscara?


      W gronie nominowanych scenarzystów również mam swoich faworytów. Ten adaptowany wypadł najlepiej Davidowi O. Russelowi (Silver Linings Playbook), natomiast Mark Boal (Zero Dark Thirty) miał ciężki orzech do zgryzienia, tony materiałów do przeczytania, i żadnej gwarancji sukcesu. Udało się sklecić z faktów znakomity thriller o polowaniu na bin Ladena. Obie piątki są mocne, różnice niewielkie. Ktokolwiek wygra nie będzie wstydu.

      (Nie)najlepszy reżyser

      Zamieszania było co nie miara, kiedy okazało się, że ani Kathryn Bigelow, ani Ben Affleck nie zostali nominowani za reżyserię. W domach wielu kinomanów padały mocne słowa i siarczyste wiązanki. Oboje byli pewniakami, ale Akademia okazała się bezlitosna. Afflecka bym jeszcze przebolała, ale do licha nie pojmuje w czym gorsza od pozostałych nominowanych jest Kathryn Bigelow? Może nie warto robić zaangażowanych politycznie filmów? Plotki głoszą, że skandal związany z przedstawionymi w "Zero Dark Thirty" torturami, oraz fakt, że scenarzysta informacje otrzymywał od...agentów CIA mocno wpłynęły na Akademików, którzy wolą się nie wychylać w spornych kwestiach. Jeśli to kara, to niesprawiedliwa i surowa.



      And the winner is....


      To będzie ostatnia wiadomość jaką usłyszymy oscarowej nocy. Jeszcze w środę "Lincoln" wydawał się bezdyskusyjnym faworytem, wciąż jest, lecz odważne decyzje Akademii namieszały w prognozach. Niby spodziewaliśmy się, że "Bestie" i "Miłość" zostaną nominowane, ale rozmiar tego sukcesu może świadczyć o lepszym niż w latach poprzednich wyczuciu Akademii, co w kinie piszczy. Czy odważą się obrócić plecami do swoich ulubionych potasowych historii o patriotyzmie i odwadze?  Czy odważą się, kiedy Spielberg zrobił wszystko jak należy?

      Nawet za miliony Oscara nie kupisz


      Superprodukcje naturalnie nie cieszą się sympatią członków Akademii. Avengers, czyli jeden z najbardziej dochodowych filmów w historii zgarnął nominację za efekty specjalne. Nie ma na listach w ogóle "Mroczny Rycerz Powstaje", a francuski hit "Nietykalni" nie pojawił się gronie kandydatów walczących o statuetkę za film nieanglojęzyczny. Pięć nominacji w kategoriach technicznych zainkasował nowy Bond od Sama Mendesa. Trochę szkoda, że zabrakło miejsca dla "Skyfall" w tych najważniejszych "piątkach", ale Bond po latach znów może wrócić do grona laureatów Oscara, co będzie wielkim i zasłużonym osiągnięciem. Do przewidzenia, szczególnie po słabych recenzjach była klęska "Hobbita". Na trzech nominacjach się skończyło.

      Szorowanie sceny już trwa

      Wybory Akademii zawsze kogoś rozczarują i nigdy nie będą w pełni akceptowane. Mimo wszystko, mimo małych wpadek tegoroczne decyzje nie są aż tak kontrowersyjne jak zazwyczaj. Dla każdego coś miłego, bo pośród nominowanych najważniejsi gracze, wzbudzający w 2012 wiele dyskusji. Szczególnie cenne są sukcesy "Miłości" Michaela Haneke. Oto europejskie kino znowu powalczy nie tyko o nagrodę pocieszenia, czyli tytuł najlepszego obrazu nieanglojęzycznego, ale również stawi czoła amerykańskim potentatom. Jeśli jeszcze z tej walki wyjdzie zwycięsko, chociaż jeden raz raz na cztery szanse, można zacząć się zastanawiać czy Akademicy wreszcie zmądrzeli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czas na Oscary! Ale dla kogo?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2013 16:27
  • niedziela, 06 stycznia 2013
    • Zemsta jest słodka?

      "Zero Dark Thirty" czyli historia o tym jak latami CIA traciło miliardy dolarów na polowanie, które nie przynosiło żadnych rezultatów. Przynajmniej na początku taką fabułę wymyśliła sobie Kathryn Bigelow. Potem terrorysta numer 1 został spektakularnie zlikwidowany przez Amerykanów i film którego osią zdarzeń miała być porażka z wszystkimi swoimi odcieniami, przeistoczył się w fabularny dokument o trudnej, morderczej drodze do zemsty. Laureatka Oscara po niespodziewanym sukcesie "Hurt Locker" raz jeszcze udaje się na Bliski Wschód, by tak jak poprzednio bez kamuflażu przedstawić publiczności spec-służby z ludzkiej strony. To nie samonapędzająca się machina, ale organizm często zależny od determinacji jednej osoby, jednej agentki.

      Osama bin Laden to współczesny synonim wcielonego diabła. Jego śmierci po 11 września 2001 roku domagał się każdy poruszony tragedią w Nowym Jorku. Tymczasem wszelkie próby rozliczenia szefa Al Kaidy z jego czynów były z roku na rok coraz bardziej bezowocne i frustrujące. Dopiero 2 maja 2011 roku, prawie 10 lat po atakach na wieże WTC Centralna Agencja Wywiadowcza namierzyła rezydencję terrorysty i po spektakularnej akcji bin Laden został symbolicznie rozstrzelany.



      W filmie Kathryn Bigelow cofamy się do 2003 roku, kiedy młoda agentka Maya rozpoczyna pracę w Pakistanie. Kobieta krucha i wrażliwa zostaje rzucona na głęboką wodę i zmuszona do pływania tak szybko jak koledzy po fachu, w większości mężczyźni. Poświęca dni, miesiące, lata na tropienie człowieka, który ośmielił się zaatakować USA. Traci przyjaciół, traci nadzieję. Jej wielkie zwycięstwo przychodzi późno, a polityczna szarpanina o rozkaz sprawia, że zamiast radości odczuwa ulgę, tylko ulgę.



      Jessica Chastain stworzyła portret kobiety, którą niepowodzenia popychały w ramiona obsesji. Nie chce się poddać, bo wie ile ta sprawa kosztowała ją, że kosztowała życie innych agentów. Żeby mieć czyste sumienie musi schwytać bin Ladena, musi go widzieć martwego. Wspaniała kreacja Chastain pozwala nam zajrzeć za maskę, którą musi nosić Maya. Nie może okazywać słabości, ale tak często jest zmęczona, przerażona, bezsilna. W jej rzeczywistości każda okazja, nawet niosąca niebezpieczeństwo i ryzyko warta jest próby. Ona nie może spokojnie spać dopóki ta rozgrywka nie zakończy się upragnioną zemstą.



      Scenarzysta Mark Boal materiały do "Zero Dark Thirty" otrzymywał ponoć z pierwszej ręki, od agentów. Naturalnie to wywołało skandal w Waszyngtonie, podobnie jak przedstawione w filmie tortury. Thriller od Kathryn Bigelow nagle znalazł się w samym centrum politycznej walki, niczym nasze "Pokłosie" uznawane za film antypolski, "Wróg numer jeden" według senatorów jest antyamerykański. W tym całym zamieszaniu politycy zapomnieli, że myślący odbiorcy już od dawna wiedzą o metodach CIA, i akurat sceny z "Zero Dark Thirty" niczego nowego nie pokazują. Może nie mamy dowodów, ale potrafimy sobie wyobrazić, co dzieje się w zamkniętych bazach wojskowych.



      Poza kontrowersjami, dzień po dniu nabijającymi popularność filmowi Bigelow jest jeszcze faktyczna jakość tej produkcji. Jaka? Bardzo wysoka. Ostatnie pół godziny, kiedy wiadomo co się stanie reżyserka nakręciła genialnie. Kluczem do stworzenia niesamowitego napięcia jest całkowite przerzucenie ciężaru akcji na barki tych, którzy wykonywali rozkazy. Ich strach, obawy, świadomość ryzyka misji, a potem sprawna współpraca, radość i satysfakcja są paliwem sprawiającym, iż widowisko znane z kanałów informacyjnych nabiera nowego wymiaru.



      Duet Bigelow-Boal zakasał rękawy i wykonał fantastyczną pracę. "Zaro Dark Thirty" to ich kolejny wielki sukces łączący świetną rozrywkę z wyjątkowo udaną historią ważną dla Ameryki, ale ważną również dla całego świata. Nie podoba się tym, którzy woleli aby pewne sprawy pozostały jawne tylko w tajnych aktach. Pomijając jednak polityczną niechęć, mistrzowska realizacja broni ten film bez względu na to ile prawdy, a ile fikcji jest w scenariuszu. Bigelow w godny sposób rozprawiła się z tematem. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2013 20:42
  • czwartek, 03 stycznia 2013
    • Sprawiedliwość w wydaniu Jacka Reachera

      Mało kto ostatnio zawraca sobie głowę nowymi filmami z Tomem Cruisem, kiedy tyle ekscytujących dramatów z jego udziałem rozgrywa się na żywo, na naszych oczach, na faktach. Jeden z moich ulubionych aktorów mimo wszystko próbuje przebić wrzawę wokół własnej osoby, i stara się zainteresować publiczność swoją kolejną superprodukcją. Tym razem połączył siły z reżyserem Christopherem McQuarrie, by przełożyć na język filmu bestsellerową powieść o Jacku Reacherze. Tomowi marzył się pewnie sukces na miarę ostatniej części "Mission Impossible", wyszło...no właśnie.

      Naturalnie po seansie zapytano mnie czy podobał mi się film. Stwierdziłam z całą stanowczością, że Cruise mógłby przez dwie godziny siedzieć na krześle, a ja i tak patrzyłabym w ekran jak urzeczona. Jego scenicznej charyzmy nie da się przeliczyć na srebrniki, to też jako Jack Reacher jest zabawny, tradycyjnie seksowny i niebezpieczny. Fani serii książek nie zgodzą się ze mną zupełnie, ale kto powiedział, że w przypadku Toma Cruise muszę być obiektywna?



      Teraz czas zdjąć na chwilę cruisowe okulary i przyjrzeć się tej produkcji na poważnie. Kim jest Jack Reacher? Ano duchem, eks-żołnierzem, który po tragicznej strzelaninie wraca wyrównać rachunki. Krótka wizyta zaczyna się przedłużać, kiedy bohater razem z piękną panią adwokat wpadają na trop grubszej i bardziej niebezpiecznej niż się wydawało na początku afery. Brzmi znajomo? Pewnie!

      Potem wszystko leci według schematów; pościgi, walka w ręcz, porwania, morderstwa etc. Sensacja od McQuarrie niczym nowym nie zaskakuje, to trochę taki odgrzany kotlet, który trzeba zjeść na drugi dzień żeby się nie zmarnował. Z braku ciekawej sensacyjnej alternatywy w amerykańskich kinach, seans "Jacka Reachera" figuruje w repertuarach w zastępstwie.



      Mimo wszystko w scenariuszu są takie perełki, że wybuchy śmiechu gwarantowane. Ironiczne dialogi, co jakiś czas odbywające sie pomiędzy bohaterami sprawiają, że całość jest znośna i lekka. Tom Cruise w pewien sposób znowu parodiuje twardzieli kina akcji. Nabija się z z bufonady i grożenia z zaciśniętymi zębami. W myśl zasady, że grunt to mieć dystans do siebie.

      "Jack Reacher" był moim  pierwszym seansem w 2013. Sprawdził się jako niezbyt męcząca rozrywka, w sam raz na noworocznego kaca. Jeśli przymkniecie oczy na niedociągnięcia i pozwolicie Tomowi świecić gołą klatę wyjdziecie z kina zadowoleni. Dla fanów powieści całość może stanąć ością w gardle. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 stycznia 2013 02:36
  • wtorek, 01 stycznia 2013
    • "Tłusty" rok 2012! Wybrałam najlepsze filmy.

      Mój filmowy rok 2012 był o tyle interesujący, że rozpoczęty jeszcze w Polsce kilkoma znakomitymi premierami (Rzeź, Musimy porozmawiać o Kevinie, Artysta), a kontynuowany już za Oceanem, gdzie miałam okazję obejrzeć dziesiątki produktów tutejszej kinematografii wcześniej niż reszta świata. Zdarzały się kuriozalne pomyłki, jak choćby durna w pełnym tego słowa znaczeniu komedia "Jak urodzić i nie zwariować". Po owym seansie broniłam się rękami i nogami przed kolejną produkcją w tym typie, wybierałam zatem z repertuaru tylko najciekawsze propozycje. W ten sposób trafiłam na znakomity dokument "Królowa Wersalu", czy niezależny obraz "Besie z Południowych Krain". Spośród wszystkich premier - polskich i amerykańskich wybrałam aż 18 filmów najlepszych w 2012 roku. Poznajcie moich faworytów.

      Komedia/ Komediodramat

      7. Dwoje do poprawki
      Na ostatnim miejscu tej kategorii umieściłam film Davida Frankela z Tommy'm Lee Jonesem i Meryl Streep. Zdecydowanie najlepsza propozycja 2012 roku w segmencie lekkich komedii.

      6. Artysta
      Nagrodzony Oscarami czarno-biały powrót do korzeni filmu. "[...]Hazanavicius inspirując się kinem sprzed wielu dekad w nieskomplikowany sposób przybliża portret artysty zaskoczonego i niegotowego na zmiany. Urażonego oraz dumnego, dającego się przekonać do braku racji dopiero szaleńczo zakochanej młodej i ślicznej Peppy Miller[...]" - tak komentowałam "Artystę" tuż po premierze.

      5. 7 Psychopatów


      Komedia kryminalna pełną gębą w której prym wiedzie Sam Rockwell jest brutalna i zabawna. Co ciekawe Martin McDonagh był bardziej oryginalny niż król tego gatunku Guy Ritchie, który proponował rok temu drugą odsłonę przygód Sherlocka Holmesa.

      4. Moonrise Kingdom
      "[...]U Wesa Andersona świat, który chciałby uchodzić za skomplikowany wypada infantylnie i uroczo zarazem. Różnice dzielące znudzonych sobą małżonków sprowadza do osobnych łóżek, a pierwszą miłość do szalonej ucieczki dwojga wyautowanych nastolatków[...]" - jak łatwo wywnioskować Moonrise Kingom wywarło na mnie wielkie wrażenie.

      3. Silver Linings Playbook

      David O. Russel twórca cenionego przez krytyków "Fughtera" wrócił w świetnym stylu. Ten komediodramat rozświetli i napełni nadzieją nawet Wasze najmroczniejsze dni. 

      2. Rzeź
      Mało kto teraz jeszcze pamięta, że na początku 2012 mogliśmy obejrzeć przezabawny film Romana Polańskiego. Bardzo krótka adaptacja sztuki "Bóg mordu" w doborowej obsadzie, dostarcza kilkadziesiąt minut znakomitej rozrywki.

      1. Nietykalni

      And the winner is...exactly! Wiem, że wielu uważa fenomen "Nietykalnych" za dowód współczesnej naiwności widzów, ale ta bajka na faktach bawi do łez, wzrusza i jest w zasadzie kinem w pigułce. Francuska produkcja podbiła serca publiczności na całym świecie, także moje.

      Dramat

      6. Bestie z południowych Krain
      Kiedy krytycy i kinomani zobaczyli ten obraz na festiwalu filmów niezależnych w Sundance natychmiast się "zakochali", czego efektem były statuetki. Dodajmy do tego dziecięcą rolę Quvenzhané Wallis i otrzymujemy znakomity portret cywilizacji podupadłej i skamlącej.

      5. Musimy porozmawiać o Kevinie


      To już kolejny tytuł, który mogliśmy oglądać w styczniu 2012 roku. Z elektryzującą Tildą Swinton i przerażającym socjopatą w którego wcielił się Ezra Miller. Film szorstki, rozgrywający się gdzieś głęboko w umyśle widza. Miłość matczyna - lub jej brak jak kto woli - okazała się zmorą bohaterów tego dramatu.

      4. Róża
      Jedyny polski film w zestawieniu! Może znalazłoby się ich więcej (nie widziałam jeszcze Pokłosia i Jesteś Bogiem), ale od połowy kwietnia o rodzimej kinematografii mogłam tylko czytać. Wojtek Smarzowski dokonał operacji na moim otwarty sercu, realizując film poruszający i bezwzględny. Pozycja obowiązkowa.

      3. Mistrz


      "[...]
      Mistrz do którego odwołuje się Paul Thomas Anderson wypada wręcz karykaturalnie. Niebezpieczny dla tych co szukają pociechy i spokoju. Niczym diabeł potrafi wtargnąć do ludzkiego życia, podarować wszystko czego ofiara pragnie, a potem wyssać duszę. Freddie Quell był jedną z nich. Stracił wszelką nadzieję na lepsze życie i bez celu dryfował ku całkowitej destrukcji. Wtedy "mistrz" pokazał mu drogę wyjścia z tej sytuacji.[...]" - w mojej recenzji starałam się interpretować znakomity film z Philipem Seymourem Hoffmanem i Joaquinem Phoenixem.

      2. Lincoln

      Steven Spielberg po rozczarowującym "Czasie wojny" powrócił z historycznym dramatem o prezydencie Abrahamie Lincolnie. Nawet jeśli tradycyjnie ocierał się czasami o patos, to wręcz musiał, gdy przedstawiał dla nas na dużym ekranie bohatera Ameryki we własnej osobie. Tak, tak...we własnej. Daniel Day-Lewis nie grał, on się przeistoczył w swoją postać.

      1. Wstyd


      Niespodziewanie także dla mnie w tej prestiżowej kategorii wygrywa obraz Steve'a McQueena. Dlaczego? Pamiętam jeszcze, jak za przeproszeniem cholernie wielkie wrażenie wywarł na mnie "Głód". Michael Fassbender i tym razem nie zawiódł kreując postać uzależnionego od seksu Nowojorczyka, zagubionego w dzisiejszej rzeczywistości. Cisza, delikatne kadry stworzyły wielowymiarowy, bardzo współczesny i surowy portret zabieganej cywilizacji.

      Sensacja/Thriller

      5. Dziewczyna z tatuażem

      David Fincher musiał znaleźć się na tej liście! Co prawda adaptacja szwedzkiego bestselleru nie powaliła wszystkich na kolana, ale thriller ze znakomitą Rooney Marą (nominacja do Oscara) jako Lisbeth Salander to rozrywka ektraklasowa.

      4. Skyfall


      Nie będę oryginalna, ale kocham Bonda. W wydaniu Craiga jest agentem nieco zrezygnowanym, często zmęczonym, ludzkim jak nigdy przedtem. Poza jego dramatami reżyser Sam Mendes w swoim "Skyfall" serwuje absolutnie topowe kino akcji od którego nie można się oderwać.

      3. Operacja Argo
      Ben Affleck po premierze swojego najnowszego filmu natychmiast wskoczył do stawki walczącej o Oscary 2013. Dlaczego można się przekonać po seansie politycznego thrillera z krwi i kości. Rozgrywająca się walka na śmierć i życie, zrealizowana według najlepszych standardów nikogo nie może rozczarować.

      2. Django Unchained

      Wiedziałam, że muszę czekać z jakimikolwiek wnioskami na temat 2012 roku do filmu Quentina Tarantino. Nie dalej jak kilka dni temu rozpływałam się w zachwytach pisząc recenzję. Ten niepoprawnie dobry western to dowód na to, iż Tarantino wciąż ma wiele do powiedzenia na temat X-Muzy.

      1. Mroczny Rycerz Powstaje


      Opinie na temat nowego Batmana zaraz po premierze były jednogłośne - arcydzieło, wspaniałe zwieńczenie trylogii. Później krytycy i widzowie się podzielili, szczerze nie wiem dlaczego. Ja zaś obstaję przy tezie, że film Christophera Nolana to najlepsza kinowa rozrywka w 2012. Widziałam "The Dark Knight Rises" aż dwa razy na dużym ekranie, co w moim wypadku jest bardzo, bardzo rzadkie. Piałam z zachwytu tuż po premierze:
      [..]"Sposób, w jaki (Christopher Nolan) kończy film, finał finału jest jak szpilka, którą wkuwa w nasz najczulszy punkt. Rozszarpuje na strzępy to co zostało. Widownię wycieńczoną od wrażeń pobudza ostatnią dawką adrenaliny. Aplikuje ostatni zastrzyk, który pozwala dotrwać do końca z szeroko otwartymi oczyma. Wszystko po to by zniknęły resztki wątpliwości. By stało się jasne, iż właśnie byliśmy świadkami niezwykłego zakończenia. A potem, potem już tylko brawa. Wielkie brawa![...]"


      NAJLEPSZY FILM 2012 zdaniem Karoliny Wiermańskiej:

      WSTYD


      Nic tego triumfu nie zapowiadało. Dopiero jak zrobiłam listę filmów obejrzanych w 2012 roku, podzieliłam je na kategorie, odrzuciłam niektóre tytuły wyszedł taki rezultat. Widocznie McQueen ma wyjątkową zdolność manipulowania moją duszą.

      Ostateczna kolejność zestawienia:
      1. Wstyd
      2. Mroczny Rycerz Powstaje
      3. Nietykalni
      4. Django Unchained
      5. Lincoln
      6. Mistrz
      7. Rzeź
      8. Silver Linings Playbook
      9. Operacja Argo
      10. Moonrise Kingdom
      11. Róża
      12. Skyfall
      13. Musimy porozmawiać o Kevinie
      14. 7 Psychopatów
      15. Artysta
      16. Bestie z południowych krain
      17. Dziewczyna z tatuażem
      18. Dwoje do poprawki

      W 2011 roku przyznałam "Prawdziwemu męstwu" braci Coen palmę pierwszeństwa i tytuł mojego ulubionego filmu sezonu. Dla porównania w kinie byłam 38 razy, czyli średnio 3 razy w miesiącu. Teraz ta statystyka wzrosła niemal o 100%! Uwaga! W 2012 zaliczyłam...71 pokazów kinowych! Średnio aż 6 miesięcznie. Uzależniam się coraz bardziej... ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 stycznia 2013 22:15

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi