Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • piątek, 11 października 2013
    • Wielki finał wielkiego serialu

      Czy Walter White pod wpływem tytułowego zła wreszcie zatracił się totalnie? Czy po pięciu sezonach balansowania na granicy prawa zostało jeszcze coś z tego uroczego męża i ojca, który na samym początku został tak bezlitośnie przywalony przez lekarską diagnozę? Kim się stał i czy w nowej wersji potrafi jeszcze wybaczać i kochać? Twórcy kultowego “Breaking Bad” na szczęście odpowiedzieli na te wszystkie pytania. (SPOILERY)


      Ostatni odcinek serii był…poruszający. Oglądałam scenę “Jesse vs. Walter” i nagle zaczęłam wycierać rękawem bluzy łzy spływające po moich policzkach. Tych dwóch gości, którzy własnoręcznie nawarzyli ohydnego piwa, zrujnowali swoje życie, mimo tej tragicznej wspólnej historii, potrafiło ostatni raz stanąć na przeciwko siebie, spojrzeć sobie w oczy i...odpuścić. To nie było wybaczenie, ale i tak więcej niż moglibyśmy oczekiwać po ranach, które zadali sobie na wzajem. Walter jeszcze raz uratował Pinkmanowi życie i w jakimś stopniu odkupił swoje winy.


      W finale “Breaking Bad” Haisenber i Walter White, to nie było rozdwojenie w stylu Dr. Jekyll i Mr. Hyde, ale kompletna całość. Główny bohater się nie nawrócił, ale też nie zamierzał odejść bez krwawej zemsty godnej jedynego króla metaamfetaminy w Albuquerque. Jeszcze raz użył swojej nieprzeciętnej inteligencji i wbrew niedołężności rozliczył się z tymi na których mu zależało, a także wrogami czyhającymi na jego głowę. Wojnę z tymi drugimi jak zwykle wygrał. Gorzej poszło z ukochaną rodziną. Stracił ich na zawsze i żadne miliony nie mogły tego zmienić.


      Na przestrzeni tych pięciu sezonów bardzo się zżyłam z Walterem Whitem. Mimo wszystkich okrutnych czynów, których się dopuścił - jako widz, fan serialu i tak mu kibicowałam do samego końca. Ale nie byłam zdruzgotana finałem jego żywota. Ponad wszystko scenarzyści postawili na zakończenie edukujące - zło nie ważne czym motywowane, zło wyrządzane nawet z szlachetnych pobudek to wciąż zło. A jego sprawcy ponoszą karę i nie ma od tego wyjątku.


      Zupełnie inaczej należy interpretować losy Jessego Pinkmana. Od początku był tylko uzależnionym od narkotyków dzieciakiem, którego zawiódł system socjalny. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiedniej porze. A potem wciągnięty w wir mafijnych porachunków był tylko pionkiem na szachownicy głównych graczy. Do samego końca wykorzystywany, poniżany, manipulowany. Jego najlepszy przyjaciel był jednocześnie największym wrogiem, sprawcą wszystkich cierpień i problemów. On fizycznie nie zginął, ale mentalnie wielokrotnie. Jego brawurowa ucieczka z “więzienia” daje nadzieję, że Pinkman kiedyś będzie szczęśliwy. Na pełnym gazie odjeżdżał radosny jak dziecko. Dziecko, którym zawsze był.


      W fantastycznej scenie pomiędzy Walterem i Skyler możemy wreszcie usłyszeć z ust Haisenberga prawdę. On uwielbiał być narkotykowym bossem! Swoje kompleksy i życiowe porażki po latach mógł wreszcie odreagować w nielegalnym biznesie. Miał władzę, szacunek, pieniądze...wszystko czego zawsze pragnął. Zapłacił za to najwyższą cenę, ale w głębi ducha nigdy nie przestał być tym ciepłym, ciapowatym nauczycielem chemii. Jak każdy z nas miał swoją jasną i ciemną stronę. Do końca walczył o zapewnienie bytu swojej rodzinie. Nawet kiedy wszysycy nienawidzili go z całego serca. Nie mając nic do stracenia nie odpuścił i zaplanował ostatni rozdział precyzyjnie, w swoim stylu. Nie było mowy o pomyłce. Popełnił wiele błędów, ale nigdy nie odwrócił sie od tych, których kochał. Stał się mordercą, kłamcą lecz nie potworem! Walter White nie był tak oczywisty. Jak na chemika przystało swoje człowieczeństwo zmiksował w probówce z trucizną. Po takim eksperymencie nic nie mogło już być takie samo. Po takim eksperymencie nie będzie happy endu. Bo zbyt wielka ambicja niszczy. Zniszczyła także Waltera White’a. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      piątek, 11 października 2013 17:38
  • sobota, 14 września 2013
    • Love is the answer

      Richard Curtis pewnie nie jest ani moim, ani Waszym ulubionym reżyserem. Nie ważne ile razy obejrzymy “Cztery wesela i pogrzeb", “Notting Hill”, “To właśnie miłość”. Nieważne ile razy jego filmy poprawią nam humor, nie będziemy jego twórczości traktować poważnie, bo przecież kręci komedie romantyczne! Cały paradoks polega na tym, że to właśnie jego najnowszy projekt “Czas na miłość”, a nie na przykład wysublimowane kino europejskie postawił mnie na nogi po beznadziejnym jesiennym dniu.  Hipokryzja? Przyznaję się do winy.

      To ciekawe, bo filmy o podróżach w czasie to banały, które w kolejnych scenariuszach i kolejnych produkcjach zostały sprowadzone do marnej kliszy nudzącej publiczność. Mamy więc rudzielca z brytyjskim akcentem, który w dniu dwudziestych pierwszych urodzin dowiaduje się o tym, że jak wszyscy inni mężczyźni w swojej rodzinie może wracać do przeszłości. Sprawdza patent, okazuje się, że działa znakomicie, zaczyna nagminnie z nowych możliwości korzystać. Film Curtisa, więc bohater na pewno w ten sposób zacznie szukać miłości. Film Curtisa, więc na pewno owa zostanie pokazana z różnych stron. Film Curtisa, więc na pewno będziecie płakać na finale.

      Duet Domhnall Gleeson- Rachel McAdams na początku może wydawać się nieco egzotyczny. Średnio urodziwy Irlandczyk i dyżurna słodka Amerykanka, to nie musiało się udać. Warto było jednak zaryzykować, bo ta mieszanka ma na ekranie swój niepowtarzalny urok. Zwróćcie uwagę na scenę w mieszkaniu Mary, tuż po pierwszej wspólnej kolacji. Co tam się działo…. Zaczynam się uśmiechać nawet teraz, kiedy o tym myślę.



      Poza tym...drugi plan. Bill Nighy gra pierwsze skrzypce. Wyluzowany, czuły, zabawny, gotowy kogoś przytulić w każdej chwili. Jestem pewna, że wielu widzów chciałoby mieć takiego ojca, jakiego zagrał w tym filmie Nighy. Z kolei Lydia Wilson, czy ekscentryczny Harry (Tom Hollander) stanowią artystyczny nieład w tle, bez którego fabuła mogłaby stać się niebezpiecznie przesłodzona.

      Ale o czym w ogóle jest “Czas na miłość”? Jak to o czym? O miłości! Znamy te historie, słyszeliśmy je, widzieliśmy tyle razy. Co z tego? Richard Curtis przypomina po raz setny publiczności, że najbardziej cenne w życiu są zwykłe chwile. Poranek u boku ukochanej osoby, mecz ping-ponga z ojcem, rodzinna herbatka. To co czyni nas szczęśliwymi ma wymiar kompletnie niematerialny, a piękno jest wokół nas, wystarczy tylko szeroko otworzyć oczy.

      Czasami nie warto niczego zmieniać, wracać do przeszłości, zastanawiać się “co by było gdyby…”. Warto żyć teraźniejszością, doceniać ją i być za nią wdzięcznym. Richard Curtis uzmysławia nam siłę jaka tkwi w rodzinie, która zawsze dla nas będzie, bez względu na sukcesy czy porażki. Miałam zły, bardzo zły dzień. Dzięki Bogu ktoś jeszcze kręci takie filmy - bez wielkich porywów, zwrotów akcji, niesamowitych komplikacji. “Czas na miłość” to opowieść o zwykłych ludziach, w zwykłym świecie, niezwykle szczęśliwych. Tego ostatniego sobie i wszystkim życzę w nadmiarze. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      sobota, 14 września 2013 23:34
  • piątek, 08 marca 2013
    • Co kryje talia kart Francisa Underwooda?

      Gdybym miała spróbować określić na czym polega niesamowity geniusz serialu “House of Cards” musiałabym napisać, że fani produkcji chcą wyglądać jak Claire, myśleć jak Frank, pisać jak Zoe i pieprzyć jak Peter. Każdy z bohaterów serii Beau Willimona ma w sobie coś intensywnego, co stymuluje szare komórki widza i zachęca do “obierania” postaci z kolejnych warstw ukrytych pod skórą. Miałam już pięć okazji do takich eksperymentów i niezmiennie jestem zaszokowana perfekcją ich struktury. Przy całym szacunku do wszystkich fantastycznych seriali, które oglądam - “House of Cards” dosłownie rozsadza głowę. (SPOILERY)


      Zdecydowałam się zafundować sobie samej tortury i cieszyć zaledwie jednym epizodem tygodniowo. W ten sposób dobiłam do piątego rozdziału serii i wciąż jak urzeczona śledzę całą historię. Pod wpływem niesamowitej charyzmy Francisa Underwooda widz z wygodnego fotela przed ekranem monitora lub telewizora, przenosi się do politycznego serca Ameryki. Pod uśmiechniętą powłoką zaaranżowaną dla mediów, najważniejsi gracze skaczą sobie do gardeł. Lecz triumfatorem wszystkich przepychanek w Partii Demokratycznej niezmiennie pozostaje ON - Francis Underwood. Nie dał się zepchnąć w narożnik wtedy, gdy lokalny rywal chciał obwinić go za śmierć nastolatki w jego rodzinnych stronach. Zlikwidował rzucającego mu kłody pod nogi kolegę z partii, na marginesie szefa Kongresu. Wreszcie w pięknym stylu zdyskredytował jednego ze związkowców, który chciał się zemścić za kłamstwa i manipulacje. Zwycięstwo, zwycięstwo, zwycięstwo - wydaje się, że Underwood jest na to zawsze skazany.

      Kto wie jak skuteczny byłby bez kobiet? Claire stanowi bezpieczne schronienie. Wyznacza drogę ucieczki, kiedy grunt pod stopami naszego bohatera zaczyna być niestabilny. To ona przywróciła jego myślenie na właściwi tor, gdy stracił szansę na stanowisko Sekretarza Stanu. Twarda jak skała, chroni męża przed zwątpieniem. Z jednej strony dama z klasą, błyszcząca inteligencją, z drugiej bezwzględna, gdy w grę wchodzą ambicje. Niemal z czystym sumieniem potrafi zwolnić cały swój personel, jeśli jest przekonana o swojej racji.



      I być może jej wyjątkowa osobowość, którą bez wątpienia Frank uwielbia, paradoksalnie bywa czasem zbyt wielkim ciężarem. Wtedy musi “uciec” w objęcia mniej skomplikowanej, dozgonnie oddanej kochanki. Idealną kandydatką okazała się Zoe Barnes. Zainfekowana Underwoodem szybko wpadła w jego sidła i została kolejnym pionkiem, którego używa we własnej grze. Podobny dodatek do życia stanowi fotograf Adam - z tą różnicą, że jego zadaniem jest “rozpraszanie” Claire. W piątym rozdziale “House of Cards” byliśmy świadkami jednej z najlepszych scen pomiędzy małżonkami, gdy wracający po upojnej nocy Frank bez słowa wstępu, wywala kawę na ławę i przyznaje przed żoną z kim spędził ostatnie godziny. Ot tak, z kliniczną czystością wiszącą w powietrzu. Czasami wydaje się, że pomiędzy ich małżeństwem a rzeczywistością nie istnieje żadna granica, ale nie do końca. Podczas charytatywnej imprezy zorganizowanej przez Claire oboje na sekundę opuścili gardę i zobaczyliśmy, że wbrew pozorom nie chcą się sobą dzielić. Zazdrość, czyli pierwsza szczera reakcja, której dali upust. Czy na tym powinna polegać miłość? Na zachowywaniu zdrowego rozsądku, totalnym akceptowaniu pewnych ograniczeń? Underwoodowie swoją specyfiką fascynują, a zaproponowany przez nich model relacji, choć budzi wątpliwości oparty jest na szczerości.

      W pewnej opozycji do tych przejrzystych spraw w życiu prywatnym Franka i Claire stoi Peter Russo. Jego kompulsywne zachowania, infantylność, chroniczna nieodpowiedzialność mocno kontrastują z wszystkim, co robi ta dwójka. W piątym epizodzie zderzenie owych światów miało korzystne skutki dla...Franka oczywiście. Pijany, pod wpływem narkotyków zjawił się w idealnym mieszkaniu i idealnym życiu  Underwoodów, by zburzyć harmonię. Nie zburzył, a wręcz przeciwnie. Jeszcze raz ugiął się pod naporem siły perswazji przełożonego.

      Dokąd dopłynie statek sterowany przez takiego kapitana? To nie ważne dopóki kolejne odsłony wyprawy pozostaną równie ekscytujące i genialne, co pięć dotychczasowych rozdziałów. Owiane tajemnicą kolejne decyzje bohaterów “House of Cards” dają olbrzymie pole do domysłów, a zgadywać możemy tylko na podstawie ich cech, które zostały dotychczas nakreślone. Rozpalona we mnie ciekawość mimo wszystko...cieszy, bo wiem, że jeszcze nie jeden wieczór spędzę na wnikliwej analizie kolejnych ruchów wykonywanych przez Francisa Underwooda. Jeszcze tego nie oglądacie? Od dawna powinniście!
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co kryje talia kart Francisa Underwooda?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      piątek, 08 marca 2013 20:28
  • środa, 13 lutego 2013
    • Miłość od pierwszego obejrzenia

      Czym na prawdę jest polityka? Czym jest polityka według Beau Willimona, twórcy serialu "House of Cards"? Mechanizm składający się na wiele podrzędnych części, sterowany przez jednego człowieka, wcale nie prezydenta. To świat pełen chorych żądzy, ambicji napędzany charyzmą senatora Francisa Underwooda. W polityce jest pająkiem, który lepiej niż ktokolwiek inny wije pajęczyny. Biada temu kto na tę pułapkę wpadnie.

      Dla nieprzejednanego bohatera "House of Cards" różnica pomiędzy władzą i pieniędzmi jest oczywista. Forsa to rozpadająca się po 10 latach willa, natomiast władza jest jak historyczny budynek, który przetrwał wieki. "[...]Nie mogę szanować kogoś kto tej różnicy nie widzi[...]" - twierdzi Underwood, a słuchacze ani nie śmią temu zaprzeczyć. W swoim skrojonym na miarę garniturze, krok po kroku wyjawia własną filozofię przetrwania w politycznej dżungli. Po pierwsze; bez emocji i uczuć, po drugie; lojalność, po trzecie; elastyczność. Komuś tak bezwzględnemu i surowemu w Waszyngtonie musi się udawać, nawet jeśli czasem życie niesie przykre niespodzianki.

      Senator Francis Underwood po prezydenckich wyborach miał zająć fotel Sekretarza Stanu. Niestety ostra polityka nowej administracji Białego Domu zdecydowała o wykluczeniu jego kandydatury. Być może ktoś inny, poza chwilową depresją i rozczarowaniem, byłby w stanie odpuścić. Ktoś inny, ale nie Underwood. Po klęsce odradza się jak feniks z popiołów; jeszcze niebezpieczniejszy i jeszcze bardziej przebiegły. Szykowana zemsta na wrogach to już tylko kwestia czasu.

      O harmonię senatora poza Kapitolem dba równię piękna co zimna żona Claire. Kobieta z ekstraklasy, której relacje z mężem politykiem przypominają relacje partnerów w biznesie. Ponad czułość i egzaltowany romantyzm, stawiają  szacunek do swoich odmienności oraz charakterów. Ich kontrowersyjny model małżeństwa, zdaje się działać prawidłowo i bez szwanku. Inteligencja obojga nadaje pikanterii każdej wymianie zdań, dlatego trudno być obojętnym na te interakcje.

      Tam gdzie Francis Underwood czuje się jak ryba w wodzie, też nie brakuje wsparcia. Współpracownik Doug Stamper, czy młoda dziennikarka Zoe Barnes skrupulatnie wypełniają jego "rozkazy". Silne zaplecze bohatera to podstawa dzięki której może knuć swoje kolejne intrygi przeciwko wiceprezydent  Lindzie Vasquez. Pionki na jego szachownicy muszą się poruszać tylko wtedy, kiedy Underwood sobie tego zażyczy.

      Kto stoi za serialem, który w tak niezwykły sposób podbija serca widzów? Przede wszystkim Beau Willimon. To za jego sprawą każde słowo, każda wymiana zdań nabiera znaczenia. Scenariusz "House of Cards" od samego początku charakteryzuje się inteligencją, oryginalnością nie tracąc przy tym lekkości. Willimon podarował "drugie życie" Kevinowi Spacey, który niczym mistrz daje popis niesamowitego aktorstwa. Partnerująca mu Robin Wright też powinna podziękować za tę rolę. W nie mniejszym stopniu precyzyjnie realizuje założenia, jeszcze raz potwierdzając swoją wielkość. Już teraz oboje wydają się pewniakami do najważniejszych telewizyjnych nagród; Emmy i Złotych Globów.

      Kolejnym współtwórcą tego sukcesu jest David Fincher. Reżyser filmowy, którego nazwisko zna każdy kinoman, wyreżyserował dwa pierwsze epizody i świetnie wywiązuje się z obowiązków producenta serii. Utrzymane w typowym dla niego klimacie początkowe rozdziały to esencja "fincheryzmu". Pieczołowicie filmowane kadry w podziemiach metra, czy higienicznych pomieszczeniach dają kontrast pomiędzy oczywistym, brudnym światem zewnętrznym, i tym udawanym idealnym światem gabinetów i eleganckich mieszkań.

      Prosta czołówka składająca się na ujęcia Waszyngtonu w przyspieszonym tempie, daje równie znakomity efekt, co pozostałe elementy. Migające obrazy połączone z niezwykle intrygującą ścieżką dźwiękową są dla widza kością rzuconą na zachętę. Bardziej przekonywać do oglądania już nie trzeba.

      Zbyt piękne, by mogło być prawdziwe? Ależ skąd! "House od Cards" platformy Netflix nie tylko wyznacza nowe trendy w dystrybucji seriali, ale rzuca wyzwanie dotychczasowym liderom gatunku. Niewątpliwie pojawiła się seria już teraz uchodząca za arcydzieło małego ekranu, gdzie słowo "precyzja" nabiera jeszcze większego znaczenia. Mocny, wciągający thriller polityczny jest skazany na sukces, bo już dawno nikt nie podniósł poprzeczki tak wysoko. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      środa, 13 lutego 2013 22:40
  • piątek, 18 stycznia 2013
    • Historia stara jak świat, czyli gangsterzy kontra gliniarze

      Gdybym się uparła napisałabym jak krytycy za oceanem, że "Gangster Squad" to nieporozumienie. Film zrobiony bez pomysłu, bez scenariusza, bez krzty odpowiedzialności. Ale po pierwsze w ogóle w czasie seansu tych "wad" nie zauważyłam, a po drugie nawet nie miałam czasu, bo w Los Angeles Micky'ego Cohena adrenalina mogłaby być butelkowana. Reżyser Ruben Fleischera zrobił wszystko co w jego mocy, by widownia nie śmiała ani sekundę przebierać nogami z niecierpliwości.

      Kiedy większość publiczności nie zdążyła jeszcze nawet rozsiąść się w fotelach, krwawa i efekciarska fabuła rusza sprintem do przodu. Ostatni sprawiedliwy i honorowy glina w Mieście Aniołów John O'Mara (Josh Brolin) już od pierwszej sceny napina muskuły, bezwzględnie odbijając z rąk lokalnych członków mafii młodą dziewczynę. Jak się później okazało ten wstęp był ledwie początkiem szalonego kina akcji, gdzie nie ma czasu na głębokie analizy, bo wartością samą w sobie jest nadmiar testosteronu, kumulujący się w zagotowanych bohaterach gangster squadu.


      Szóstka śmiałków staje ponad prawem i rzuca wyzwanie ekbokserowi Micky'emu Cohenowi, okrutnemu  mafioso mającym w garści całe miasto. Panowie nie tracą czasu i rozmontowują każdą grubszą operację Cohena, doprowadzając tym samym do nieuchronnej konfrontacji, decydującej o losach Los Angeles. Paru twardzieli zginie, jeszcze paru innych się wkurzy, czyli wszystko dokładnie jest tak jak być powinno w krwawej sensacji.



      Jeśli to was nie przekonuje, to może aktualne bożyszcze Ryan Gosling, który pomiędzy jedną rozróbą a drugą, kolejny raz zakochuje się w Emmie Stone. Zaś Josh Brolin pozuje na stereotypowego macho, wierzącego z całych sił w triumf dobra nad złem. Wyglądany z nadzieją występ Seana Penna to mocno przerysowany portret niezrównoważonego gangstera, jak zwykle tak próżnego, że niezdolnego do zauważenia nadchodzącej katastrofy. Cała trójka nie ma czego żałować. Ich role w "Gangster Squad" do kanonu na pewno nie wejdą, ale z pewnością wskoczą do rankingu najlepiej ubranych filmowych bohaterów (ach...te garnitury).

      Większość koneserów wolałaby pewnie ambitnego dramatu gangsterskiego, o którym można by pisać, że jest równie dobry jak klasyczne kino gatunkowe. Spotka was zawód. Ruben Fleischer nie ma takich ambicji, On po prostu przez niespełna dwie godziny wyciska z tej fabuły porządne, emocjonujące kino akcji. Banalność nie zawsze musi być zła, w tym wypadku jest to aspekt drugorzędny. To co się liczy to rozrywka, a co do jej jakości nie mam żadnych wątpliwości. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Historia stara jak świat, czyli gangsterzy kontra gliniarze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2013 22:45

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi