Moja Propaganda

If my films dont show a profit, I know Im doing something right - Woody Allen .

Wpisy

  • środa, 19 lutego 2014
    • Nosił wilk razy kilka....ponieśli i wilka

      Najnowszym dziełem Martina Scorsese należy się delektować jak najwyśmienitszym tortem czekoladowym. Porywająca, szalona, wreszcie gorzka historia Jordana Belforta została przełożona na język filmu z niesamowitą klasą. Po seansie oskarowego pewniaka sezonu jeszcze bardziej mnie zaskakują krzywdzące opinie dotyczące długości filmu. Tam ani jedna minuta nie była zmarnowana! Niespełna trzygodzinny seans jest ucztą dla każdego kinomana. 'Marty' kolejny raz 'spłodził' przepiękne i super inteligentne dziecko....

      Od samego początku wiadomo co twórcy będą przemycać pod odsłoną rozsypanej wszędzie kokainy i setek różnej maści tabletek. Rzucający kieliszkiem z sokiem pomarańczowym Leonardo DiCaprio z wielką nonszalancją prezentuje jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii Wall Street. Jordan Belfort był 'bogiem  wszechmogącym', który błyskawicznie wspiął się na sam szczyt i równie błyskawicznie z niego runął. Jego biografia jest łyżką dziegciu dla uparcie wierzących w "american dream". Jak mawiał Tyler Durden, bohater innego kultowego dzieła (Podziemny Krąg) - "Rzeczy, które posiadamy, na końcu posiadają Nas". Ten charakterystyczny cytat z mojego ulubionego filmu aż dzwoni w uszach w kontekście Belforta. Był niewolnikiem jachtów, drogich samochodów, narkotyków, kont bankowych, wreszcie własnych bliżej nieokreślonych pragnień i lęków. To wszystko musiało skończyć się katastrofą - naturalna konsekwencja.

      Dla Martina Scorsese i Leonardo DiCaprio ta konkluzja była równie oczywista. Lekkomyślny i hulaszczy tryb życia giełdowego giganta, został przez zacny duet rozniesiony w pył. DiCaprio tarzający się po podłodze, DiCaprio sprzedający akcje, DiCaprio głoszący motywujące przemowy, DiCaprio nieśmiały, DiCaprio agresywny, wreszcie DiCaprio w totalnej rozsypce. Pokazał wszystkie możliwe strony osobowości swojej postaci. Tak dalece wczuł się w Belforta, że każdą kolejną scenę oglądałam przecierając oczy ze zdumienia. Podał widzom na tacy cały swój repertuar. Używając języka jego bohatera - 'sprzedał' swoje niesamowite pokłady umiejętności aktorskich. Nawet błyskotliwy, w wielkiej formie Jonah Hill nie był w stanie konkurować z Leonardo DiCaprio. To była kreacja, której nie sposób zapomnieć. Teatr jednego aktora. Ten wyczyn, brawura z jaką grał oraz emanująca z ekranu charyzma jeszcze długo pozostanie w mojej pamięci.

      "Wilk z Wall Street" ponadto ma ten wyjątkowy klimat. To 'coś' co sprawia, że długi seans wcale nie wydaje się długi, a kolejne elementy filmu pasują do siebie jak ulał. Klimat wczesnych lat 90', wszechobecna rządzą pieniądza, unoszący się w powietrzu zapach najdroższych perfum i jeszcze droższych alkoholi - tak żyli krezusi, tak żył 'master of the universe'. Jednak bogactwo okazało się limitowane. Bogactwo było stanem możliwym do utrzymania na bardzo krótką metę. Belfort za swoje krętactwa i mataczenia rozlicza się po dziś dzień. Pytanie brzmi: było warto?

      Zdaje się, że nie. Pieniądze wyssały z niego życie, które starał się podtrzymywać kolejnymi dawkami narkotyków i seksem z luksusowymi prostytutkami. Według obrazu Martina Scorsese ten człowiek zagubił się w lesie własnych ambicji i marzeń. Musiał runąć na samo dno, żeby na prawdę zresetować swój dotychczasowy żywot. Miejmy nadzieję nauczył się wystarczająco wiele na własnych błędach.

      Tak niesamowicie zrealizowany i zagrany film jest kolejnym mocnym punktem w filmografii reżysera. Scorsese wiedział na co się pisze i nie rozczarował. Kolejny raz natchnął  fantastycznego DiCaprio do zademonstrowania swojego geniuszu. Do oczarowania nie tylko Hollywood, ale i całego świata. Panowie zgarnęli dla nas całą pulę i podarowali w najlepszej formie. Dziękujemy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nosił wilk razy kilka....ponieśli i wilka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      środa, 19 lutego 2014 10:42
  • środa, 05 lutego 2014
    • 'Hey Joe....'

      Wróciłam z kina późnym wieczorem i zaraz po powrocie położyłam się w łóżku. Ale to była tylko pozycja, którą przyjęłam, bo nie mogłam przestać myśleć o istocie drugiej części "Nimfomanki" Larsa von Triera. Co stało się z bohaterką? Jak wydarzenia i zwierzenia wpłynęły na jej dalsze losy? Wreszcie...czy decyzje, które podjęła, ich konsekwencje, doprowadziły wreszcie Joe do szczęścia? Bo o tym były obie części - o desperackich próbach zaspokojenia nie tyle pożądania, co wypełnienia pustki egzystencjalnej.

      Seligman w swoim odrapanym, zatrzymanym w czasie mieszkaniu spijał z ust swojego gościa kolejne detale życiorysu. Joe w następnych rozdziałach szukała bodźca, czegoś co ponownie mogłoby stymulować jej zmysły, doprowadzać ją do dzikiej rozkoszy. To był jej jedyny i skuteczny sposób na istnienie kompletne. Na czerpanie satysfakcji z bycia kobietą. Nie mogła się powstrzymać przed podejmowaniem nawet najbardziej radykalnych i niebezpiecznych kroków, które potencjalnie mogły doprowadzić ją do celu. Nic nie miało znaczenia - ani rodzina, ani zdrowie, ani bezpieczeństwo. Po latach zażywania 'narkotyku', upajania się seksem, brak orgazmów doprowadzał ją do szaleństwa. Dlaczego tego potrzebowała? Dlaczego tego chciała?

      Twierdziła, że jest wyrzutkiem. Kimś kto zawsze zajmuje miejsce na marginesie. A może Ona ten margines uwielbiała? Może jej skłonności były 'lekarstwem' na....kompleksy. Przy okazji każdej rozmowy kwalifikacyjnej, każdego wspomnienia związanego z umiejętnościami innymi niż erotyczne, nie czuła się pewnie. Podkreślała wręcz, że wiele nie umie, nie ma doświadczeń. Za olbrzymią pewnością siebie, umiejętnością manipulacji, odwagą i konsekwencją chowała twarz kobiety, która wierzyła, iż poza przyjmowaniem i dawaniem seksualnej rozkoszy nic innego nie potrafi. Była marną żoną, jeszcze gorszą matką. Żadne społeczne normy nie były jej po drodze. Niczym terrorystka 'wysadzała' wszystkie przeszkody, nie bacząc na zniszczenia.

      I zaczęła zdawać sobie z tego sprawę, kiedy było za późno. Jak My wszyscy popełnione błędy dostrzegała po fakcie. Tak, była wyjątkową nimfomanką, ale przede wszystkim - o czym zapomniała, była pospolitym człowiekiem. Niektórzy z nas są bardziej lub mniej inteligentni, ładniejsi i brzydsi, otwarci lub zamknięci, łączy nas skłonność do komplikowania, popadania w skrajności, samotność. Joe nie była wyjątkiem od tej reguły wyjątkiem, była tej reguły potwierdzeniem.

      Uzależnieniem od seksu demonstrowała potrzebę i chęć bliskości...wcale nie fizycznej. Jej wielka miłość do Jerome nie okazała się wystarczająca. Relacja z młodszą "P" również nie spełniła jej oczekiwań. W końcu w akcie rozpaczy i desperacji podjęła ostateczną decyzję. Historia zatoczyła koło na klapie kosza na śmieci, w ciemnym zaułku. Czy dostała to na co zasłużyła?

      Lars von Trier nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie. Chowa przed publicznością ostatni ważny element układanki. Stawia znak zapytania - może Joe wreszcie odnalazła szczęście? A może zrujnowała swoje życia do takiego stopnia, iż jakiekolwiek pozytywne zmiany były absolutnie niemożliwe? Pytanie brzmi: powinna cierpieć czy zaznać wreszcie spokoju?

      Duński twórca "Nimfomanki" zagrał wszystkim na nosie. Żeby nalezycie docenić jego najnowszy film trzeba na prawdę oglądać kolejne sceny. Nie z perspektywy ciągle pojawiających się na ekranie penisów, nagich torsów, piersi, włosów łonowych, bo to tylko zasłona dymna. Lars von Trier konsekwentnie snuję rozważania na temat nas wszystkich - dlaczego postępujemy w taki a nie inny sposób? Skąd pochodzą obsesje, nadużycia, cierpienie? Najwyraźniej na prawdę jesteśmy bardzo słabi, bardzo ułomni. Ograniczeni w ramach zwanych życiem....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      środa, 05 lutego 2014 10:20
  • niedziela, 19 stycznia 2014
    • "Grzeszne" myśli von Triera

      Gdyby jakoś najnowszego filmu Larsa von Triera mierzyć w ilości artykułów, które popełniono jeszcze przed premierą, nie miałabym wątpliwości, że reżyser osiągnął bezdyskusyjny sukces. Duńczyk wybrał bowiem "temat samograj", czyli seks jako podstawę do tworzenia kolejnego kontrowersyjnego dramatu. W pierwszej odsłonie tej dysputy nad seksualnym zakłamaniem społeczeństwa, wprowadza widzów w świat jęków i orgazmów, będących ucieczką od mdłej rzeczywistości. Czy "Nimfomanka" sprosta oczekiwaniom fanów jego twórczości?

      Zaczyna się tajemniczo. Reżyser w scenach wstępnych prowadzi swoistą grę z widzem, kiedy zwleka z przejściem do sedna, stopniowo "rozbierając" bohaterkę ze wspomnień. Joe, którą przypadkowy przechodzień Seligman znajduje na ulicy, zostaje "adwokatem" a zarazem słuchaczem bezpruderyjnej kobiety, zdolnej do wszystkiego pod wpływem pożądania. Co jest takiego w jej głowie, że nie może przestać "pieprzyć" wszystkiego co się rusza, i co posiada męskie genitalia? Ano tradycyjnie u von Triera odpowiedź jest prosta, acz bardzo gorzka.

      Wbrew pozorom Joe nie została wychowana w dysfunkcyjnej rodzinie. Kochający i czuły ojciec, rekompensował chroniczną oziębłość matki. Dorastała w normalnym środowisku i warunkach, które wcale nie przyczyniły się do jej obsesji na punkcie seksu. Powodów jej uzależnienia należy szukać w zupełnie innej sferze. Jak zresztą wspomina na początku - już w wieku dwóch lat "odkryła swoją cipkę". Można zatem założyć, że wzmożony popęd, to tendencja z którą bohaterka filmu się urodziła. Ot tak...bez żadnych "głębszych" powodów, wpadła w wir przypadkowego seksu zaspokajającego, niezaspokojone pożądanie.

      Sama siebie uważa za złego człowieka, i nie pozwala Seligmanowi na obronę jej zdaniem karygodnych czynów. Gnębią ją wyrzuty sumienia, którym daje upust wspominając swoje seksualne eskapady. Czuję się kobietą przegraną, zagubioną w obsesji i ciągłej chęci gaszenia bólu egzystencji stosunkiem płciowym. Wymięta i zużyta jak wyciśnięta cytryna, bez zbędnej ckliwości snuje swoją opowieść. Rozlicza się z wszystkiego, czego dopuściła się pod wpływem niepohamowanego pożądania. Czy możemy ją winić? Czy mamy prawo ją osądzać? Lars von Trier w czasie pierwszej odsłony "Nimfomanki" cichutko szepcze nam do ucha te pytania.

      A potem, kiedy cała widownia intensywnie analizuje przedstawione dzieło, w kulminacyjnym momencie bezlitośnie "wyrzuca" widza z wykreowanego przez siebie świata. Pozostawia niedosyt połączony z przemożną chęcią dalszego śledzenia losów Joe. Odbiorca może poczuć się jak tytułowa nimfomanka, którą jeden "numerek" nie był w stanie zaspokoić. Reżyserowi o taki dokładnie efekt chodziło. Chciał i zostawił widzów rozpalonych do czerwoności, ciekawych tego, co będzie dalej. Z fotela na sali kinowej podnosiłam się oniemiała, powtarzając jak mantrę "muszę zobaczyć drugą część!".

      Za wcześnie na ostateczne wnioski. Po pierwszej połowie meczu von Trier wygrywa, ale przecież to dzieło nie jest kompletne. Mimo wszystko można Duńczykowi pogratulować, bo wbrew sensacjom, które towarzyszyły jego najnowszemu projektowi, zachował kunszt i klasę. Dla sympatyków twórczości będzie to dowód na jego wciąż wysoką formę artystyczną. Malkontenci zobaczą tylko nic nie wnoszące sceny erotyczne, lecz będą niesprawiedliwi. W "Nimfomance" reżyser rozlicza się z zakłamaną  rzeczywistością. Z iluzją, która niczym parasol ochronny nie dopuszcza grzesznych myśli. Myśli, których każdy z nas ma w swojej głowie tysiące....Myśli, które pobudzały nie tylko nimfomankę von Triera, ale myśli, które są ludzkie, naturalne, wręcz zdrowe. Jesteśmy w stanie to przyznać? Czy boimy się prawdy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 stycznia 2014 13:04
  • wtorek, 14 stycznia 2014
    • All about her....

      Kiedy pierwszy raz oglądałam “Podziemny Krąg”, wątek miłosny wydawał się drugoplanowym akcentem, który miał demonstrować wątły stan emocjonalny głównego bohatera. Jego niestabilność nie tylko w kontekście przemocy - będącej ujściem głębokiej frustracji i rozczarowania, ale także ogromne wyczerpanie samotnością. To połączenie niczym koktajl Mołotowa dosłownie wreszcie eksplodowało. Jednak z czasem, z każdym kolejnym seansem “Fight Clubu” zaczęłam zdawać sobie sprawę, jak niewiele znaczy krytyka konsumpcjonizmu przy całym arsenale proponowanym przez melodramatyczną stronę dzieła Davida Finchera. Czy to w ogóle thriller psychologiczny?


      Wcale nie relacja Tylera Durdena z narratorem, a właśnie związek Marli Singer z chorym bohaterem filmu jest najbardziej znacząca. Zarówno Dr. Jeckyll jak i Mr. Hyde pokochali...Oboje na swój sposób, ale w konsekwencji ta miłość jest kompletna. Tyler potrzebował Marli, bo ta go inspirowała. Jego charakterystyczny śmiech po wspólnie spędzonej nocy, kiedy przyznaje - “[...]You have so fucked up friends[...]” jest jednym z wielu dowodów na swego rodzaju uzależnienie od towarzystwa roztrzepanej Marli. Zanim zresztą powstał pomysł projektu Mayhem, Tyler był z Nią, i tylko z Nią.


      Jego nieśmiała, druga strona osobowości - ta racjonalna, kalkulująca, mająca sumienie, powstrzymująca przed popełnianiem nieodwracalnych błędów potrzebowała czasu. Narrator wychował się odtrącony - przez ojca, przez społeczeństwo. Jedyne co mógł zrobić to poprosić o numer. Lecz swego rodzaju obsesja na jej punkcie zrodziła się już na samym początku. W pierwszej scenie informuje widzów, że “wszystko ma coś wspólnego z dziewczyną o imieniu Marla”. Potem jej magnetyzująca osobowość prześladuje go już do końca. To ona była przecież jego “power animal”, kiedy medytował. Dlaczego? Bo podświadomie wcale nie pragnął zakładania sekty, wysadzania budynków, demolowania mienia publicznego. Podświadomie pragnął być z Marlą. Podświadomie pragnął być “normalnym”, czyli szczęśliwym nawet za cenę wolności.


      Całe szaleństwo, któremu się później oddał wynikało z niecierpliwości. Z natychmiastowej chęci zmiany. Tak jak mówił Tyler - “You couldn't do it on your own, so you created me”. Po latach szarpaniny z samym sobą nie miał już siły dłużej być samotny. Nie chciał czekać, bo nawet nie wiedział czy to ma sens. Brnął coraz bardziej w udowadnianie, że otaczająca rzeczywistość ma gorzki smak. Tak gorzki, że wymagający rewolty.


      Paradoksalnie wciąż siebie okłamywał. Pytany przez Tylera  czy chciałby przespać się z Marlą, wysłał fałszywy grymas i demonstracyjnie zaprzeczył. Z biegiem czasu nie potrafił znaleźć drogi ucieczki od emocji, które do Niej żywił. Po “badaniu”, którego domagała się pewnego popołudnia opuścił szybko jej mieszkanie, lecz wychodząc z budynku zdążył “rzucić okiem” na palące się światło w jej mieszkaniu. W tym spojrzeniu, w tej krótkiej chwili była wątpliwość - wracać do Marli czy nie?


      Ze swoim uczuciem do niej stanął twarzą w twarz dopiero, kiedy jej bezpieczeństwo było zagrożone. Wprawdzie nigdy wprost nie wyznał jej miłości, ale twórcy “Podziemnego kręgu” dają nam aż dwie niewerbalne sceny tego dowodzące. Ich krótkie spotkanie w restauracji, kiedy Marla postanawia zerwać wszystkie więzi ze swoim kochankiem. Wtedy desperacja w chronieniu jej przed samym sobą osiąga apogeum. Narrator jest w stanie zrobić wszystko, by ani Tyler, ani cała wytrenowana przez niego świta nie naruszyła cielesności Marli. Nie udaje się.

      Tyler Durden głośno zastanawiał się czy kolejna kobieta w życiu mężczyzny jest na prawdę odpowiedzią? Pewnie nie jest, ale tworzona z kobietą intymność już tak. Główny bohater, jak typowy samiec założył grupę sobie podobnych “ziomków” i razem odreagowywali rzeczywistość. Ale to wszystko było na marginesie prawdziwych potrzeb - bliskości i miłości. Pywnicowe walki do pewnego stopnia gasiły pragnienie na te uczucia. Były substytutem, który wypełniał pustkę. Z biegiem czasu, gdy związek z Marlą zaczął ewoluować, Fight Club miał dla niego coraz mniejsze znaczenie. Nie rozumiał “potwora”, którego stworzył. Stracił nad tym kontrolę. Zakochany i zagubiony chciał się wycofać, ale było już za późno.


      Ostatecznym, rozwiewającym wszelkie wątpliwości dowodem na szczerość jego uczuć do Marli Singer jest finałowa scena “Podziemnego Kręgu” - “You met me at a very strange time in my life”. Stoją obok siebie, ramię w ramię, parząc na panoramę upadających budynków, trzymając się za ręce. Czy to zakończenie thrilleru psychologicznego? Czy tak może się skończyć film tego gatunku?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      madame_rose
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 stycznia 2014 10:01
  • piątek, 06 grudnia 2013
    • Rozbiegany Pyłek

      Będzie prywata....

      W związku z tym, że od jakiegoś czasu wolę sport uprawiać czynnie, nie biernie postanowiłam dzielić się swoimi emocjami związanymi z amatorskim bieganiem. Sukcesu wielkiego nowego bloga nie przewiduję, ale może ktoś z Was odnajdzie w tym wpisach euforię, którą odczuwam za każdym razem, kiedy trenuję.

      Zachęcam byście "rzucili okiem". Być może kogoś te wpisy nie zanudzą na śmierć ;D

      http://rozbieganypylek.blogspot.com/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pasjonatka.sportu
      Czas publikacji:
      piątek, 06 grudnia 2013 20:54

Kalendarz

Październik 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Kanał informacyjny

Najlepsze Blogi