poniedziałek, 23 stycznia 2012
Potwory takie jak My

“Rzeź” Polańskiego - zakrapiana 18-letnią szkocką, z unoszącym się odorem wymiocin, dźwiękiem pracującej suszarki - to obraz doskonale korespondujący ze współczesnym zakłamaniem. Uwięzieni w XXI-wiecznym pytaniu-kluczu: czy wypada? - stajemy się zakładnikami wyuczonych zachowań, myśli narzucanych przez osaczającą poprawność polityczną. Roman Polański w tym labiryncie udawanej życzliwości, zgniłych kompromisów - wskazuje dyplomację, jako kompletne nieporozumienie. Bo natury człowiek nie da się zmienić. Koniec końców, z pod płaszczyka tolerancji, wypełźnie jadowity wąż.

Za materiał posłużyła mu popularna sztuka “Bóg mordu”. Rodzice dwóch chłopców, po incydencie na placu zabaw, spotykają się, by błyskawicznie, w cywilizowany sposób sprawę zamknąć. Wizyta państwa Cowanów u Longstreetów, nie kończy się jednak wraz z uzgodnieniem drażliwym słów w relacji z przebiegu chłopięcej bójki. Nowo zapoczątkowana znajomość, okazuje się remedium na wszystkie przemilczane kwestie. Stąd już tylko krok od prawdziwej rzeźni…

Cała czwórka szybko rzuca się sobie nawzajem do gardeł, wykrzykując słowa i zdania, które latami pozostawały szczelnie chronione w pudełeczku pt. “nie używać - niegrzeczne w towarzystwie”. Cztery ściany demaskują nawarstwiające się problemy małżeńskie, samotność, poglądy na rzeczywistość daleko odbiegające od powszechnych konwenansów.

W ogóle wszystko w “Rzezi” nagle zbacza z bezpiecznego kursu. Bohaterowie przez całe życie udający kogoś innego, przyzwyczajeni do podpisywania się pod wizjami, nie będącymi ich własnymi - wreszcie mają odwagę iść pod prąd. Mówią i zachowują się tak jak czują, wywołując w widzach salwy śmiechu.

Dostało się nawet ukochanym przedmiotom Longstreetów i Cowanów. Zalany wymiocinami album Kokoschki, porozrzucane i rozbite przybory kosmetyczne, ukochana komórka popsuta po wrzuceniu do wody. Zabawki na co dzień czyniące uczestników rzezi bardziej dumnymi, piękniejszymi, czy dostępnymi - stanowiły substytut więzi, zerwanych przez ciągłą pogoń za nieosiągalnym. Agresywne, nieprzystosowane zachowania wyścig zatrzymały.

W zrozumieniu komizmu sytuacji pomaga fantastyczna realizacja filmu. Przebiegający w mieszkaniu spektakl, obserwujemy z najlepszej perspektywy, dostarczanej przez Pawła Edelmana. Jego zdjęcia filtrują zachodzące między uczestnikami interakcje, uwypuklając zachodzące z każdą minutą zmiany.

O prawidłowy przekaz zadbał zespół wybitnych aktorów, którzy w filmie Polańskiego mieli okazję zademonstrować wachlarz swoich nieprzeciętnych umiejętności. Przerażenie budziła twarz Jodie Foster - z wybałuszonymi oczami, opętana, czerwona ze złości. Christoph Waltz dał się zapamiętać jako amator szarlotki, z charakterystycznym sposobem mówienia, człowiek obojętny na wiele spraw, ceniący przede wszystkim siebie. Obsada wykorzystała w pełni szansę, jaką dawał świetny scenariusz.

Mój niekończący się ubaw, mógłby źle sygnalizować, że “Rzeź” to tylko kolejna komedia. Zakończenie, szczególnie jedno z ustanich ujęć (żółte nienaruszone tulipany, w towarzystwie działającej komórki) świadczy o czymś innym. Nieoczekiwane wydarzenia, były tylko odstępem od trwającej rutyny. Chwilowy amok, który za kilka chwil ustąpi miejsca zużytym maskom. Wolność, wyczuwalna przez chwilę, powróci na swoje stare miejsce. Longstreetowie i Cowanowie, być może już wieczorem w czasie spotkania swoich synów, będą tymi samymi zakłamanymi, nieszczęśliwymi ludźmi. Tulipany wrócą do wazonu, a Alan zacznie niekończącą się rozmowę z Walterem. Przedstawienie skończone.

11:06, pasjonatka.sportu , Moja Kinoteka
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 stycznia 2012
Głupia jestem!

Korci mnie żeby zmierzyć swoje IQ, bo od zawsze mam wrażenie, że siebie przeceniam. Ze stanów zadowolenia nad swoją inteligencją, przechodzę w bezdyskusyjną krytykę wszystkiego co robię i myślę. Tuziny niewyleczonych komplesków, wydostają się na powierzchnie jak insekty, wpełzają do mojego umysłu, pożerając resztki szacunku do siebie.

A że wyrozumiała dla swoich wyczynów bywam sporadycznie, nigdy nie przestaję porównywać Karoliny do innych. Najbardziej wkurza mnie, frustruje moje hobby - pisanie. Od czasu kiedy zaczęłam pałać się amatorską "publicystyką" (to nie jest żadna publicystyka! Jakieś tanie wypociny!), nieodzownie towarzyszy mi bicz. Coś wyklikam, początkowo nawet jestem zadowolona, za chwilę czytam recenzję perofesjonalisty/artykuł dziennikarza/ kogoś mądrzejszego od siebie, i już się zaczyna....

Torturuje poczucie własnej wartości, myślami skrajnie krytycznymi. Mam wrażenie, że nie mam żadnego prawa do wypowiadania się, a już na pewno powinnam sobie darować to całe blogowanie. Tak bardzo mi zależy, żeby wszystyko co piszę było...dobre. W chory sposób swoją determinację demonstruję.

Być może to wina moich oczekiwań. Wciąż tli się we mnie irracjonalna wiara w świetlaną przyszłość. Chciałabym być kim wecej niż żałosnym pracownikiem wypozyczalni, który do końca życia, będzie swoje porażki odreagowywać, kolejnymi obsesjami i kompleksami.

Za głupia, za słaba, za brzydka...to się kiedys skończy? Dziwi mnie, że potrafię to pisać tak, jakbym stała z boku, obserwowała kogoś innego. W ogóle ostatnio mam fazę "cichą", to znaczy mniej odreagowywania klęsk, więcej myślenia. Co nie zmienia faktu, że wciąż tkwię w tym samym miejscu...

20:25, pasjonatka.sportu
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 stycznia 2012
Niedoceniony numer jeden - czyli być jak Brad Pitt

Czy na prawdę muszę to pisać? Przypominać w jakich filmach zagrał, u jakich reżyserów? Przecież wszyscy to wiedzą. Nawet najmniej zainteresowani filmowym światkiem, widzieli chociaż fragment filmu z Bradem Pittem. Ma ktoś w ogóle wątpliwości, co do tego, że  stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Hollywood? No nie. To o co chodzi? Czemu w jego domu wciąż brakuje Oscara, kolejnego Złotego Globa?  

Rok rocznie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, a za nimi Akademia, uważa że Pitt może poczekać. Że to jeszcze nie ta rola, nie ten moment, ktoś inny zasłużył się bardziej. Jego kandydatury przepadają, a frustracja rośnie. Niespełna 30-letnia kariera w branży - usłana wielkimi kreacjami aktorskimi -wygląda blado, gdybyśmy wzieli pod uwagę ilość zgromadzonych statuetek.  

Owe wcale nie są wymiernikiem umiejętności - nie oznaczają, że leureat na zawsze będzie prezentować się tak dobrze, jak w filmie, który dał mu nagrodę. Ale prestiżowe Złote Globy i Oscary, to namacalne potwierdzenie wyjątkowości. Idą w parze z dorobkiem artystyczym, upiększają życiorys, a po zakończeniu kariery, sytuują aktora w elicie na stałe. Nie wierzę, że dla Brada Pitta to bez znaczenia, że nie boli go wieloletnia ignoracja Akademii.  

Przyczyn należy szukać w gigantycznej popularności. Co zabawniejsze - nie podsycanej przez Pitta. Nigdy nie zabiegał o skandale i kontrowersje. Jego szereoko komentowane związki z kobietami, to temat narzucony przez media. Nieprzeciętna uroda odmówiła mu prawa do prywatności, z czego skrupulatnie korzystają plotkarskie magazyny- tnące z chirurgiczna precyzją,  jego osobiste sprawy na małe kawałeczki.  

Stał sie produktem idealnym. Na jego życiu i karierze żerują wściekłe piranie, które zrobią wszystko, by zdobyć dzięki niemu kolejne miliony. I te same osoby, od lat z sukcesem, budują wokół Brada Pitta wizerunek gwiazdora zbyt komercyjnego i sztampowego. Stereotypy na jego temat - nawet najbardziej wyssane z palca - zaczęły upraszczać i marginalizować osagnięcia zawodowe. Ważniejsze stały się ekscesy  lub ich brak, od świetnie rozwijającego się talentu. Tej powszechnej ignorancji ulegają nawet krytycy, stąd nieustanne pomijanie Pitta przy stole.  

Być może ta moja zaciekła obrona aktora, stawianie go w roli ofiary, wydaje wam się ciut przesadzona. Daleko od prawdy pewnie nie będziecie, ale zastanówcie się; kim dla was jest Brad Pitt - artystą czy celebrytą? Kimś kogo częściej oglądacie na ekranie, a może czytacie o nim w kolorowych magazynach?  

Ja wątpliwości żadnych nie mam. Znam jego filmografię na tyle dobrze, a jego role kocham tak mocno, że nie potrafię oceniać go inaczej, niż przez pryzmat wybitnych osiągnięć. I dlatego też niedzielna porażka na gali Złotych Globów, bardzo razi po oczach. Wydaje sie kolejnym triumfem pomówień nad prawdą. Wydaje się nierealna, w obliczu kreacji, którą stworzył w filmie Moneyball. Wydaje się idiotycznym nieporozumieniem.

12:52, pasjonatka.sportu , Moja Kinoteka
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 stycznia 2012
Dziewczyna z tatuażem

Emocje sięgały zenitu przed premierą “Dziewczyny z tatuażem”. Przyczyną ich eskalacji, wcale nie była bestsellerowa trylogia Stiega Larssona. Amerykańska adaptacja pierwszej części Millennium, pewnie nie budziłaby mojego zwiększonego zainteresowania, gdyby za kamerą stanął ktoś inny, niż David Fincher. Bo dwa plus dwa równa się cztery, czyli Fincher plus rewelacyjne szwedzkie kryminały, daje kolejny kultowy thriller? Rachunek się zgadza?

Byłoby o dobry wynik łatwiej, gdyby Fincher nie musiał brać udziału w idiotycznej konkurencji z szwedzką interpretacją “Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Bez przerwy “Dziewczyna” mierzyła się z porównaniami i zarzutami. Kreująca postać Lisbeth Salander, Rooney Mara, najlepiej z wszystkich zna smak niesprawiedliwej oceny. Jeszcze zanim udzieliła odpowiedzi na dużym ekranie, media oraz fani, poddawali w ciągłą wątpliwość efekty jej starań. Ten często negatywny odbiór, stawiał twórców pod ścianą. Ekipa pracująca nad amerykańską wersją filmu, musiała wyjść na przeciw malkontentom, a przede wszystkim zrealizować obraz, który sam się obroni.

I moim skromnym zdaniem, tym razem wysiłek nie poszedł na marne. Ale zacznijmy od początku, czyli Mikael Blomkvist w wersji Daniela Craiga. Brytyjczyk stworzył szwedzkiego dziennikarz dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam czytając trylogię. Błyskotliwy, pewny siebie, męski i niezwykle inteligentny. Bondowski błysk w oku, czynił każdą sekwencję słów - padających z ust Craiga - jeszcze bardziej wiarygodną. Mikael jest porządnym, uczciwym facetem - reporterem, który znalazł swoją big story i zrobi wiele, by odkryć całą prawdę. Dokładnie te cechy i ambicje odzwierciedlił Daniel Craig, świetnie prowadzony przez Davida Finchera, zaliczył bardzo udany występ.

Rooney Mara miała wyraźnie odstawać formą od tego, co pokazała Noomi Rapace. Jak mi “przykro” stwierdzić, że tego nie zrobiła. Jej pierwsza scena w gabinecie Armansky’ego, raczej nie zwiastowała aż tak świetnej roli. Ale pozory mylą, bo już kilka chwil później - jej drobniutka, wytatuowana sylwetka - emanowała obojętnością, wyrachowaniem, chłodem i indywidualizmem. Każdy gest, każde słowo było stanowcze i nieodwołalne, charakteryzujące perfekcyjnie książkową Lisbeth Salander.

Salander i Blomkvista różniło wiele, lecz to nie przeszkodziło im w wybuchu nagłej namiętności. Czapki z głów po raz kolejny dla Mary i Craiga, oboje potrafili wykreować na dużym ekranie fantastyczny magnetyzm. Jako para kochanów, mieli okazję zaprezentować się tylko w dwóch scenach, ale to wystarczyło by wzniecić pożar.

Te aktorskie popisy nic by nie znaczyły, bez niepokojącej, mrocznej oprawy. Oglądając ten film, czułam trzymaną na pulsie, rękę Davida Finchera. Styl realizacji “Dziewczyny z tatuażem”, wpisuje się dokładnie w preferencje mojego ulubionego reżysera. Po paru latach wrócił do thrillera, i tradycyjnie naszpikował złowrogim klimatem, ponurością, atmosferą nieustającego zagrożenia.

Na uwagę zasługuje wizualizacja, otwierająca film. Z utworem “Immigrant Song” w tle, zaostrzała i tak już olbrzymi apetyt na pokaz “Dziewczyny z tatuażem”.

Zatoczyłam koło, więc wracam do pytania, które wydawało się przed premierą bardzo istotne. Pierwsza część adaptacji Millennium będzie kultowa? Zahacza o geniusz? Filmową poezję? Prawdopodobnie nie. Nowy film Finchera to więcej niż bardzo dobre kino, ale nie ma tego czegoś, co było w Fight Clubie czy The Social Network. Ekstraklasowa rozrywka, bez przepustki do elity. A może po prostu Fincher nie powinien robić remake’ów? Dla filmowca z jego reputacją, doświadczeniem, umiejętnościami, takie odgrzewanie kotletów jest uwłaczające.

02:22, pasjonatka.sportu , Moja Kinoteka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2012
Kiedy do USA?

Mój wyjazd do USA w ramach programu au pair, wciąż wydaje się bardzo nierealny. Co prawda udało mi się w połowie grudnia wreszcie zebrać wystarczającą ilość zaświadczeń, rekomendacji, by polska i amerykańska agencja mogły uruchomić mój profil. Ale dopóki rodzina mnie nie wybierze - a ja ten wybór przyjmę - wszystko brzmi jak melodia przyszłości.

Miałam do tej pory dwa dopasowania. Rodzina z przedmieść Filadelfii. Lekarze z trójką chłopców. Rozmowa z potencjalnym hostem była dla mnie bardzo stresująca, więc możecie sobie tylko wyobrazić, jak bardzo źle wypadłam. Oczywiście dalszych kontaktów nie było.

Drugi match, i druga katastrofa. Tym razem jednak to ja odmówiłam potencjalnej rodzinie. Straszny pan, (może ma lat 80?) wychowujący 10 latka. Dziecko straciło matkę w zeszłym roku. Miałabym go głównie zawozić do szkoły i zajęcia pozalekcyjne. Facet bardzo szybko chciał wiedzieć czy się zdecydowałam. Już po pierwszej rozmowie nie miał żadnych wątpliwości, ja miałam. Ostatecznie przeważyła zła lokalizacja. Mieszkam w małej mieścicie, więc nie mam najmniejszej ochoty kolejnego roku spędzić w wiosce.

Nie próżnuję mimo tych niezbyt udanych pierwszych match’y i staram się działać. Zamieściłam w profilu ulepszony filmik - z muzyką, zdjęciami, sceną z Forresta Gumpa. Liczę na to, że wydane 40 złotych nie pójdzie na marne, a kolejne dopasowania przestaną być rozczarowaniem.

Chciałabym do końca stycznia zamknąć kwestię szukania rodziny, nie mam pojęcia czy to termin realny. Luty mogłabym poświęcić na załatwianie wizy, przygotowania do wyjazdu, pożegnania.

Zwłaszcza pożegnania mogą być trudne. Staram się myśleć jak najmniej o rozłące z rodziną, która mnie czeka. Nigdy nie wyjeżdżałam, zawsze byłam z nimi. Lubię podkreślać, jak bardzo moja mentalność różni się od ich mentalności, jak bardzo nie jestem sobą, kiedy jestem z nimi. Ale... ale to moja rodzina za którą szaleję pomimo różnić, specyficznych relacji.

Moja siostrzenica co chwilę mi mówi, że nie mam nigdzie wyjeżdżać. Jesteśmy bardzo zżyte, poświęcam jej sporo uwagi, spędzamy dużo czasu, to taka moja młodsza siostra w zasadzie. Rok bez przytulania się do niej, bez wygłupów, spacerów, pikników, jeżdżenia na jednym rowerze, chodzenia na lody. Trudno będzie nie tęsknić…

Wiem że będę w USA, szczególnie na początku nieszczęśliwa. Wiem że aklimatyzacja zajmie mi tygodnie, ale przecież któregoś dnia poczuję się tam jak w domu. Bez względu na brak gwarancji pełnego sukcesu tej wyprawy, podejmę to ryzyko, bo nie chcę za 10 lat żałować, że nie spróbowałam. Mam tylko jedną szansę.

23:11, pasjonatka.sportu , Au Pair - USA
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Najlepsze Blogi